Connect with us

Rozmowy i opinie

Czy Grzegorz Braun istnieje naprawdę, czy to tylko zlepek postów z forów internetowych?

Opublikowano

-

Gdyby uczestnicy niedawnego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego zamknęli oczy i tylko słuchali, mogliby odnieść wrażenie, że ktoś odczytał im lekturę wpisów i przekonań najdziwniejszych internetowych trolli. A to przemawiał poseł Konfederacji. Prześledźmy akapit po akapicie, co wygłosił Grzegorz Braun

Poseł Dobromir Sośnierz przyznał, że nie rozumie, dlaczego w miastach ma obowiązywać limit akurat 50 km/h. Źródło: Twitter/Konfederacja

Grzegorz Braun (w środku), poseł Kondederacji Źródło: Twitter/Konfederacja

Z posłami Konfederacji jest tak, że gdy mówią o rzeczach ogólnych – na przykład o polityce – idzie im to sprawnie i gładko. Można nawet odnieść wrażenie, że coś tam wiedzą i czegoś chcą. Gdy jednak przychodzi do wypowiedzi na konkretne tematy, nagle okazuje się, że ani nie mają pojęcia o czym mówią, ani nawet chyba specjalnie ich to nie obchodzi. Można było tego ostatnio doświadczyć słuchając posła Grzegorza Brauna, który postanowił zabrać głos na niedawnym posiedzeniu Zespołu Parlamentarnego ds. Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.
Jego wypowiedź przypominać może niektórym strumień świadomości Molly Bloom, albo po prostu zlepek internetowych wpisów tzw. januszy drogowych.

Ale oddajmy głos samemu mistrzowi i zderzmy jego tezy z rzeczywistością…

„Kłaniam się, szczęść Boże z nowym rokiem. Szanowni Państwo, to jest, wbrew może jakimś zewnętrznym pozorom, bardzo istotny spór ustrojowy, który tutaj się toczy. Chodzi o to, czy Polska będzie państwem normalnych ludzi, czy też państwem, w którym niewolnictwo, być może opakowane w jakiś fajny frazes, zostanie doprowadzone do perfekcji.
To jest aż karykaturalne, jak w tej konkretnej sprawie bezpieczeństwa na drogach, wypowiadane opinie i to szermowanie statystykami, jak odsłania, z obu stron zresztą, inklinacje wolnościowe lub przeciwne wolności. Państwo ujmujecie się, rozumiem, z tej strony, bo to taka dramaturgia tej sytuacji, ujmujecie się za pieszą Polską, ale natychmiast wykonujecie takiego susa myślowego i kombinujecie, jakby tu skorelować wysokość mandatów z wysokością zarobków, ponieważ w ogóle wam nie przeszkadza, gdyby przeszło przez myśl, że to jest zasadniczy problem – czy my zapraszamy władzę ludową tą czy tamtą, żeby nam głęboko zaglądała do portfela, do łóżka, śledziła nasze myślozbrodnie. To jest problem ustrojowy”.

Z góry zaznaczmy – nie uda nam się bez głębokiej psychoanalizy wyjaśnić, jak Braun doszedł od systemu mandatowego w nadzorze nad kierowcami do pojęcia „myślozbrodni”. Możemy za to przyjrzeć się innym zdaniom.
Po pierwsze poseł zarzucił obecnym na posiedzeniu „szermowanie statystykami”. Innymi słowy, mówienie o faktach – ile osób ginie w Polsce w wypadkach i z jakiego powodu, jest dla niego „szermowaniem”. Czyli jest to klasyczna próba zdeprecjonowania faktów przypisując im rolę manipulacyjnego narzędzia.
Dalej poseł Konfederacji zarzucając innym „susa myślowego” sam dokonuje niezgorszego. Uważa, że urealnienie wysokości grzywien za wykroczenie na drogach (są różne pomysły na to m.in. wzorem niektórych państw wiązanie kar z zarobkami) jest sięganiem ludziom do portfeli. Tak, jak gdyby każdy obywatel miał przymus łamania prawa na drodze. Dlaczego rozmowy o urealnieniu kar za wykroczenia ma być też zapraszaniem władzy „do łóżka”, to znów wie już prawdopodobnie tylko poseł Braun.

„Pan sobie sam tu strzelił w stopę obrazem przejazdu kolejowego – no właśnie na przejeździe kolejowym to są zwykle jakieś szlabany i nie ma w kodeksie ruchu drogowego takiego artykułu, że kierowca ma pierwszeństwo, bo lokomotywa jest większa. Więc to maszynista powinien być lepiej przeszkolony”.

Poseł po pierwszy myli się w jednej sprawie – maszyniści są lepiej szkoleni niż kierowcy samochodów osobowych, którzy po odebraniu prawa jazdy już nigdy w życiu szkoleni ponownie nie są.
Po drugie – przykład przyjazdu kolejowego w kontekście zmiany przepisów w sprawie większej ochrony prawnej dla pieszych (jeszcze przed przejściami) wygląda jak skopiowana z internetowych forów masowo wpisywana manipulacja próbująca w ten sposób zrównać oba miejsca i udowodnić, że „mniejszy” powinien bardziej uważać. Gdy tymczasem na przejściu dla pieszych powinny uważać obie strony, a kierowcy w Polsce dziś, nie musząc zwracać uwagi na wchodzących dopiero na przejście, uważać muszą dużo mniej.

„Jak słyszę nie wiem po raz który „zabierzmy się za tych kierowców”, to włos się jeży. Państwo nie zauważyliście, że to właśnie kierowcy są w Rzeczpospolitej Polskiej takim pierwszego kontaktu, pierwszej kolejności odśnieżania kozłem ofiarnym? To jest przecież wszystko system ukrytych podatków, nota bene nałożonych nie tylko na tego konkretnego, biednego kierowcę, który nie zdjął nogi z gazu w miejscu, w którym gdzieś absurdalnie wyrósł w szczerym polu znak ograniczenia prędkości bez żadnych widocznych powodów”.

I znów „perełka” z internetowych forów tzw. kierowców januszy, którzy lubują się w udowadnianiu, że są dziś „kozłem ofiarnym” a mandaty to „ukryte podatki”. Takie twierdzenie nie trzyma się oczywiście logiki z jednego podstawowego powodu – nikt nikt nikogo nie zmusza do łamania prawa na drodze.
Przy czym pojawia się kolejny „januszowy” argument o znakach ograniczenia, które nagle wyrastają w szczerym polu… No po prostu w Polsce co pole to znak i co ci biedni kierowcy maja zrobić, jak nie zignorować to, co im zarządca drogi postawił, prawda?

„To się przekłada na cały naród, całe społeczeństwo, także i tych pieszych, po których stronie jest wyłącznie wasze serce, bo to pieszy szedł po bułeczki do sklepu, które będą droższe dlatego, że trzeba skorelować ich cenę z kosztami transportu, a koszt transportu musi się utrzymywać na absurdalnie wysokim poziomie właśnie ze względu na ukryte podatki – od akcyzy do mandatów, podatki ukryte nakładane na kierowców”.

Tej klasyki gatunku, głównie z for internetowych zawodowych kierowców, po prostu zabraknąć nie mogło. Poseł Braun udowadnia, że kierowcy ciężarówek wiozą nam ciepłe bułeczki. I te były by przecież tańsze, gdyby nie karano kierowców mandatami, tylko pozwolono by im jeździć jak chcą. No czy to nie świetne? Może i tam trochę ludzi na drogach więcej zginie, ale jakie tanie bułki!

„I chciałbym to wyraźnie zaznaczyć, że ja w tej dramaturgii nie chcę się plasować ani po stronie tych, którzy uleczyli by tę sytuację wprowadzając przepisy o dozwolonej prędkości wyrażającej się cyfrą zero – i w tedy w statystykach będziemy mieli istotnie zero wypadków i na przejściach, i poza przejściami. Zero wypadków z udziałem samochodu i pieszego”.

I znów argument tych, którzy w sieci dzielnie spierają się z tym, że należy jeździć z takimi limitami, jakie określa zarządca, a limity te ustala się niżej w miastach (50 km/h) oraz w ich ścisłych centrach (strefy Tempo 30) – bo ma to konkretny sens i cel, który zresztą się dość dobrze sprawdza.
Grzegorz Braun wzorem internetowych trolli próbuje więc poważną kwestię, być może przez to, że jej nie rozumie, sprowadzić do absurdu, by móc ją wyśmiać. Miałkie. Ale pewnie „janusze” cmokną z najwyższym uznaniem.

„Nie jestem ani po stronie tych, którzy chcieliby tę dopuszczalną prędkość do zera zredukować, ani po stronie tych, którzy chcieliby anarchizacji życia publicznego. Jasna sprawa – są przepisy, jesteśmy państwowcami, dbajmy o to, ale nie doprowadzajmy przepisów do absurdu. I nade wszystko, i to jest najważniejsza tutaj kwestia nie wykorzystujmy tej furtki, otwieranej zawsze frazesem tak zwanej lewicowej wrażliwości, furtki, która zaprasza władzę do tego, żeby ingerowała w nasze życie. Żeby reglamentowała nam dostęp, prawo do tego czy owego. Trzymajmy się tej zasady cywilizacyjnej, że jest przestępstwo, jeżeli był artykuł, jeżeli był paragraf, a jeżeli nie ma przestępstwa, to go nie ma. Nie może być penalizowane domniemanie przestępstwa. I zastanówmy się zawsze najpierw pięć razy, zanim ograniczymy wolność na podstawie jakiegoś domniemania”.

W tym fragmencie nie bardzo wiadomo, o co Braunowi chodziło. W zasadzie to nie jest ani za tymi, ani za tamtymi. I w zasadzie uważa, że prawa należy przestrzegać. Ale też uważa, że nie należy chcieć, by władza wymagała respektowania prawa od tych, którzy go respektować nie zamierzają.
O jakie penalizowanie czynów niedokonanych chodziło posłowi Konfederacji – tego nie wiadomo zupełnie. Widocznie coś mu się pomyślało już podczas wypowiadania słów…

„Na koniec jedna ilustracja. Przed laty zaliczyłem taki kurs, który umożliwiał zbijanie punktów [karnych – red.]. I na tym kursie, który tam był oczywiście płatny stosownie, w WORDzie tak zwanym, wiecie państwo, to są takie paśniki dla wielopokoleniowych klanów ormowców, milicjantów, oni mają ten przywilej od władzy ludowej, że mogą czołgać Polaków z 50 razy odsyłając do poprawki tych, którzy przystępują do egzaminu. Więc na tym kursie, wiecie państwo, w salce, która zajmowała no, może z połowę tej przestrzeni, okazało się, że są po pierwsze sami mężczyźni, którzy przyszli sobie zbić te punkty, bo inaczej stracą prawo jazdy, 98 proc. kierowców zawodowych, głównie tak zwanych TIR-ów i dwóch reżyserów filmowych w dwóch kątach tej sali. No czyli po prostu ludzie, którzy ciężko pracują, zarabiają no dzięki temu, że się potrzebują od czasu do czasu szybko przemieścić. Szybko to nie znaczy niebezpiecznie. Szanowni państwo nie przemieniajcie Rzeczypospolitej w dobrze urządzoną kolonię koncentracyjną, w której pod różnymi pozorami i z użyciem różnych frazesów, będzie się nieustannie ograniczać naszą wolność i reglamentować dostęp do tego, co jest naszą oczywistą potrzebą”.

I perła nad perłami – czyli slogan „szybko ale bezpiecznie” ubóstwiany wręcz przez tych, którzy za nic mają reguły na drogach. Setki takich osób w Internecie co dania wypisuje, że da się jeździć „szybko i bezpiecznie”, co w świetle faktów nie jest prawdą i dla nich samych prawdą jest jedynie do momentu, w którym sami przekonują się, że jednak się nie dało…
Ale wróćmy do mistrza słowa. Otóż Grzegorz Braun mówiąc o swoje WORD-owskiej ekspiacji przyznaje się po pierwsze – i bez żenady – do tego, że nie potrafił prawidłowo poruszać się po drogach do tego stopnia, że aby nie stracić prawa jazdy musiał odbyć kurs redukujący punkty karne. Do tego obrazuje coś, co powinno nas w zasadzie paraliżować – że sale na tych kursach zapełniają kierowcy zawodowi. Ci, od których zachowania na drogach najwięcej powinniśmy wymagać.
Co ciekawe Brauna nie doprowadza to do wniosku, że system nadzoru i kar, nawet ten z punktami karnymi, nie do końca spełniał swoją funkcję (skoro masowo opłaca się kierowcom łamać prawo a potem zapłacić za kurs) i że w ten sposób nie ograniczamy ryzyka, które sprowadzają na siebie i innych użytkowników dróg tacy kierowcy. Braun to po prostu usprawiedliwia twierdząc, że „szybko to nie znaczy niebezpiecznie”. A system punktów karnych postrzega wyłącznie jako niezrozumiałą opresję pozwalającą w ten sposób zarabiać „ormowcom” i „milicjantom” (poseł Braun w całej wypowiedzi wykazuje zresztą przekonanie, że nadal żyje w kraju, w którym istnieje władza ludowa – może nikt mu nie powiedział, że PRL się skończył?).

Do takiego tekstu właściwie nie trzeba dopisywać puenty. Niech każdy dopisze ją sobie sam.

Łukasz Zboralski