Connect with us

Rozmowy i opinie

Wojciech Romański, brd24.pl: Drogowa dyrekcja bez głowy. Rząd działa nieodpowiedzialnie

Konkurs na szefa GDDKiA zakończył się fiaskiem. Od siedmiu lat drogowcy nie mają pełnoprawnego szefa. MIR musi w końcu powiedzieć, kto będzie stał na czele instytucji, która ma do wydania ostatnie potężne unijne pieniądze na budowę polskich dróg

Opublikowano

-

Konkurs na szefa GDDKiA zakończył się fiaskiem. Od siedmiu lat drogowcy nie mają pełnoprawnego szefa. MIR musi w końcu powiedzieć, kto będzie stał na czele instytucji, która ma do wydania ostatnie potężne unijne pieniądze na budowę polskich dróg

Wojciech Romański, zastępca redaktora naczelnego brd24.pl Fot. arch.

GDDKiA nie ma szefa od 2008 r., choć w tym czasie wydała 100 mld zł na inwestycje. I przy okazji rozłożyła na łopatki rodzimą branżę budowlaną – pisze Wojciech Romański, zastępca redaktora naczelnego brd24.pl Fot. brd24.pl

„Informacja dotycząca naboru na stanowisko Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad” – notka pod takim tytułem ukazała się bez specjalnego rozgłosu na stronie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Dopiero potem wyłowiły ją media.
Nabór na stanowisko się nie powiódł – zespół konkursowy powołany przez Ministra Infrastruktury i Rozwoju, nie rekomendował Ministrowi żadnego kandydata. Na ogłoszone 1 kwietnia ogłoszenie zgłosiło się 13 kandydatów, do przesłuchań zakwalifikowano sześciu, jeden chyba na nie przyszedł, a pozostali – jak głosi komunikat – nie osiągnęli „minimum pozwalającego na uzyskanie rekomendacji zespołu do objęcia ww. stanowiska, tj. 70 proc. z możliwej do uzyskania w ramach rozmowy kwalifikacyjnej liczby punktów”. Prawdopodobnie tegoroczni maturzyści wypadną lepiej. Aby zabezpieczyć sobie plecy, w komunikacie zaznaczono, że konkurs został przeprowadzony przy udziale zewnętrznego obserwatora z ramienia Rady Służby Cywilnej działającej przy Prezesie Rady Ministrów, a więc nikt nie manipulował pod płaszczykiem.

Klątwa Witeckiego
Oznacza to, że pełniącym obowiązki Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad jest nadal Tomasz Rudnicki (od 2008 r. wicedyrektor GDDKiA), powołany decyzją premier Ewy Kopacz z dnia 23 kwietnia 2015 r w miejsce odwołanej p.o. generalnego dyrektora Ewy Tomali-Boruckiej, która zastąpiła p.o. generalnego dyrektora Lecha Witeckiego, człowieka, który najdłużej chyba w historii polskich instytucji państwowych zasiadał w fotelu jej szefa bez pełnej nominacji. Trwało to od wiosny 2008 r. W tym czasie Witecki dwukrotnie próbował zdać egzamin na urzędnika służby cywilnej, niezbędny do pełnienia funkcji pełnoprawnego dyrektora, ale za każdym razem oblewał. Odwołała go po niemal sześciu latach na tym stanowisku wicepremier Elżbieta Bieńkowska. Resort infrastruktury tłumaczył wówczas, że to efekt oceny całości działań ówczesnego kierownictwa Dyrekcji.
Za Witeckiego przez Polskę przeszła fala bankructw firm budowlanych, na które GDDKiA starała się przerzucić niemal wszystkie ryzyka, jakie pojawiają się podczas takich inwestycji, a w konsekwencji wypowiadane były kolejne, nierealne do wykonania kontrakty, u których podstaw leżała najniższa cena oferowana w przetargu. Ostatecznie pierwszy, ogromny program budowy dróg zamiast doprowadzić do rozkwitu branży budowalnej, kompletnie rozregulował rynek, co zaczęło zagrażać całej gospodarce.
Jednym z powodów były z pewnością rozbudzone oczekiwania polityków, którzy oczekiwali, że większość nowych dróg w magiczny sposób da się zbudować przed Euro 2012. Nie udało się. Ostatni odcinek z mistrzowskich planów być może uda się skończyć na przełomie 2015 i 2016 r. Warto pamiętać, że poprzednik Witeckiego – Janusz Koper – drogowiec z krwi i kości, pożegnał się z fotelem, bo usiłował przekonać rządzących, że budowa dróg musi potrwać i musi odpowiednio kosztować. Ewidentnie nie wiedział, że potrzeba sukcesów ma wymiar polityczny, a inżynierii nic do tego.

Borucka znika i się pojawia
Tomala-Borucka straciła z kolei swoje „p.o. stanowisko” nagle, podczas trwającego konkursu na szefa GDDKiA. Ministerstwo enigmatycznie wyjaśniło wtedy, że decyzja o natychmiastowym odwołaniu p.o. szefowej „została podjęta ze względu na interes i dobro GDDKiA”. Nie przeszkodziło to jednak powrócić byłej p.o. szefowej, chwalonej zresztą przez branżę budowlaną, na stanowisko dyrektora oddziału GDDKiA w Katowicach, z którego trafiła do Warszawy i startować w konkursie na szefa Dyrekcji. Z katowickiego oddziału szybko jednak ją także odwołano.

Nadal jednak sprawa jej dymisji nie została wyjaśniona i owiana jest tajemnicą. Nie wiadomo również, czy znalazła się w piątce przesłuchiwanych kandydatów w konkursie na szefa GDDKiA, ponieważ resort nie ujawnił ich listy. To zresztą też dość dziwna decyzja – znane były tylko te nazwiska konkursowiczów, którzy się sami ujawnili, udzielając wywiadów o swoich, często nawet rozsądnych planach na zmiany w tej instytucji. Kwestia odwołania Tomali-Boruckiej także czeka na wyjaśnienie.

Siedem lat bezkrólewia
Generalna Dyrekcja, która odpowiada za budowę dróg, za zarządzanie siecią dróg krajowych, realizację planu budowy nowych tras, kontakty z wykonawcami, za jakość prowadzenia inwestycji, odpowiednie przygotowywanie przetargów i dokumentacji (a więc de facto kształtuje rynek),  a także mnóstwo innych spraw, z którymi jako kierowcy stykamy się na co dzień, od siedmiu lat nie ma prawdziwego szefa. Choć w tym czasie wydała na same inwestycje kwotę ponad 100 mld zł, pochodzących z UE, budżetu i Krajowego Funduszu Drogowego, o remontach i bieżącym utrzymaniu dróg nie wspominając. To co najmniej kuriozalne.

Teraz na stole leżą 92 mld złotych, za które mają powstać do końca 2023 r. kolejne kilometry nowoczesnych tras. A może nawet więcej, bo np. gra idzie o dodatkowe środki z tzw. planu Juncknera, czyli Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych –  Polska zgłosiła do niego realizację 35 projektów drogowych. Te pieniądze trzeba wydać maksymalnie efektywnie, w taki sposób, by znów nie rozregulować rynku, by nie wypowiadać kontraktów, ale dobrze ich pilnować, nie ulegać dyktatowi najniższej ceny, by właściwie zarządzać relacjami z wykonawcami w imię wyższego celu, jakim jest niezbędna nam wszystkim nowoczesna i spójna sieć drogowa.
Nieodpowiedzialnością byłoby więc utrwalanie obecnej, tymczasowej sytuacji, choć na to się zanosi, bo w oficjalnych komunikatach brak informacji o ewentualnym ogłoszeniu kolejnego konkursu czy innych formach wyboru generalnego dyrektora. Tak naprawdę nie wiadomo, co dalej. I to jest chyba najbardziej kuriozalne.

Dlatego czas zapytać Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, które niebawem ma przedstawić do rządowej akceptacji ostateczną wersję „Programu budowy dróg krajowych na lata 2014-2023”: kto będzie stał na czele instytucji zarządzającej jego realizacją i jak ta instytucja ma działać?!
Bo mamy do wydania ostatnie naprawdę duże pieniądze na infrastrukturę, kolejne perspektywy finansowe będą na pewno mniej dla nas hojne. Tymczasem – jak śpiewał Wojciech Młynarski:
„ A brak wciąż wróżki, która nam powie w widzeniu wieszczem:
Jak długo można pieprzyć, Panowie? No jak długo jeszcze?!”

Wojciech Romański