Łukasz Hećman: OC wzrosło, więc ludzie stracą na zadośćuczynieniach?

Facebooktwittergoogle_pluslinkedin

Parlamentarzyści proponują sposoby zatrzymania wzrostu cen składek OC. Tylko, że na tych propozycjach traciliby poszkodowani w wypadkach

Łukasz Hećman, prawnik Fot. archiwum

Łukasz Hećman, prawnik Fot. archiwum

Dyskusja wokół cen OC posiadaczy pojazdów mechanicznych nie stygnie. I słusznie, bo ceny składek wciąż rosną, a odszkodowania (również „wciąż”) nie specjalnie, o czym pisałem już w jednym z wcześniejszych moich tekstów na łamach brd24.pl. Problem jest na tyle poważny, że został zauważony i podjęty, już nie tylko przez organy na co dzień związane z branżą jak Rzecznik Finansowy czy Komisja Nadzoru Finansowego, ale także przez władzę ustawodawczą czyli Sejm.

Jak czytamy na stronach portalu Rzecznika Finansowego, nad tematem pochylił się Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego, a do eksperckiej debaty zaproszono także kilka innych organizacji niż tylko, niejako „z urzędu” RF i KNF. Mianowicie, do dyskusji nad tematem poruszającym miliony Polaków, zaangażowano także Polską Izbę Doradców i Pośredników Odszkodowawczych oraz Polską Izbę Ubezpieczeń, Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny i Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych.

O prawdopodobnych przyczynach wzrostu cen polis OC, powiedziano i napisano już wiele, natomiast zagadnienie wyjścia z sytuacji lawinowych podwyżek, to raczej temat nowy. Choć poszukiwanie rozwiązania jest niezbędne i bardzo dobrze, że nad problem się pochylono, to jednak niektóre z pierwszych propozycji, niestety, nie napawają optymizmem.

Mimo, że przez lata trwająca wojna cenowa w obszarze polis OC ppm, to „zasługa” zakładów ubezpieczeń, a nie ubezpieczających i poszkodowanych, to właśnie w kieszeniach tych ostatnich, poszukuje się rozwiązania nabrzmiałego problemu. Rzecznik Finansowy zauważa, że część z wysuniętych propozycji może być „pogwałceniem reguł prawa odszkodowawczego” i trudno się z tą opinią nie zgodzić.

Między innymi proponuje się wyłączenie możliwości dochodzenia roszczeń tytułem zadośćuczynień dla najbliższych ze zdarzeń sprzed 3 sierpnia 2008 r. Nie wdając się w szczegóły, roszczenia te są absolutnie uzasadnione na gruncie prawa i uznawane w orzecznictwie sądów. Nie są też w żaden sposób roszczeniami nieprzedawnionymi. Uniemożliwienie więc ich dochodzenia, pozbawia wprost osoby uprawnione, możliwości realizowania przysługujących tymże osobom praw.

Jednocześnie proponuje się także stworzenie definicji „najbliższego członka rodziny”. Pomysł wydaje się zupełnie nonsensowny, mający na celu jedynie sztywne ograniczenie wypłat zadośćuczynienia czy odszkodowania tylko enumeratywnie wymienionym w definicji osobom (niektórych definitywnie tym samym wyłączając) – czytaj – dokonując w ten sposób oszczędności w wypłatach dla ubezpieczycieli, powodując jednocześnie odebranie prawa do takich roszczeń osobom faktycznie dotkniętych szkodą. Jaki sens ma uściślanie tego kręgu osób do definicji, gdy jest to termin do każdorazowej rozwagi przez sąd. Czy ojciec nieinteresujący się swoim dzieckiem przez lata, ma większe prawo do zadośćuczynienia po jego śmierci w wyniku wypadku drogowego, niż np. przyrodnie rodzeństwo, które żyło ze zmarłym na co dzień? Absurd.

Innym pomysłem jest wyłączenie możliwości dochodzenia zadośćuczynienia przez najbliższych członków rodziny, w sytuacji gdy poszkodowany w wyniku wypadku co prawda nie zmarł, ale doznał np. czterokończynowego porażenia bądź pozostawał będzie w stanie wegetatywnym do końca życia. Nie sposób sobie wyobrazić, iż np. kochająca żona i matka dwójki małych dzieci, niepracująca bo wychowująca potomstwo i zajmująca się domem, po wypadku w którym jego sprawca doprowadził do tego, że jej mąż i ojciec dzieci, do końca życia będzie przykuty do łóżka, pozbawiona zostanie możliwości dochodzenia zadośćuczynienia z tego tytułu. Jest to niezgodne nie tylko z obowiązującym obecnie prawem, nauką i orzecznictwem ale i wbrew ogólnie pojętej uczciwości, sprawiedliwości i empatii.

Kolejna idea, ma w zamiarze wyłączenie spod refundacji przez zakłady ubezpieczeń, leczenia poza publicznym systemem zdrowia. De facto, tego typu roszczenia, już są rzadko uznawane przez zakłady ubezpieczeń – wie o tym każdy, kto choć raz mierzył się z takim problemem. Choć utarta linia orzecznictwa, w tym także Sądu Najwyższego, uznaje takie leczenie za uzasadnione, realia wyglądają nieco inaczej. Niewyobrażalną jednak wydaje się sytuacja, gdy osoba poszkodowana, z dość skomplikowanym złamaniem ręki, ma czekać na operację 7 lat (a taki jest obecnie czas oczekiwania, mimo adnotacji na zleceniu „cito”) i nie może dla ratowania własnego zdrowia, przeprowadzić zabiegu, który przecież jest wynikiem wyrządzonej jej szkody. Szkody, bólu, cierpienia i kosztów ratowania sprawności ręki, która został jej wyrządzona bez jej winy.

Z jednej strony mamy zatem podwyżki cen OC, przy jednoczesnym, przynajmniej w dużej części, istnieniu wciąż poważnych zaniżeń wypłat odszkodowań w szkodach OC. Z drugiej zaś proponuje się dodatkowo ograniczyć uprawnia samych poszkodowanych w tychże szkodach. Uprawnienia, które co warto podkreślić, od lat ugruntowały się w judykaturze tak sądów powszechnych, Sądu Najwyższego jak i samej nauki prawa cywilnego oraz reguł odszkodowawczych.

Reasumując, najpierw wojna cenowa prowadzona przez zakłady ubezpieczeń, potem będący jej konsekwencją skokowy, ogromny wzrost cen składek polis (dotykający jednak nie ubezpieczycieli, a osoby przymusowo zobowiązane do ubezpieczenia swoich pojazdów), a na koniec jeszcze, jako swoisty „bonus” konsekwencyjny – ograniczenie uprawnień samych poszkodowanych, którzy przecież przez owo OC mają być chronieni, a którzy nie rzadko w wyniku zdarzenia, wymagają opieki bądź są pozbawieni środków do życia.

Oczywiście to dopiero początek dyskusji nad rozwiązaniami i każdy pomysł należy rozpatrzyć. Dyskurs jest potrzebny, a uspokojenie cen konieczne. Stabilizacja jednak, nie może być dokonywana jedynie kosztem ubezpieczających, na których ciąży obowiązek ubezpieczenia, czy poszkodowanych (którym wyrządzana jest przecież szkoda bez ich winy). Szczególnie, a warto mieć to na uwadze, iż to zarządy i udziałowcy zakładów ubezpieczeń akceptowali tak długotrwałą walkę cenową i to oni, ergo zakłady ubezpieczeń, w naturalnej konsekwencji powinni przejąć większość wynikających z wojny cenowej negatywnych skutków.

Łukasz Hećman

Autor jest prawnikiem w Kancelarii prawnej WSS