Connect with us

Rozmowy i opinie

Tomasz Tosza: na drogach zabija nas nuda

Opublikowano

-

W spokojnym świecie, po dwóch wielkich wojnach, cierpimy na deficyt bodźców. To dlatego jeździmy za szybko po drogach, żeby ich sobie dostarczyć

Tomasz Tosza, zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w Jaworznie. Fot. archiwum prywatne

Tomasz Tosza, zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w Jaworznie. Fot. archiwum prywatne

Minister mnie zainspirował. A konkretnie jego podróż w terenie zabudowanym z prędkością 98 km/h wycenioną przez policję na upomnienie. Ten minister jest szefem policji i odpowiada za nasze bezpieczeństwo. Uchwycenie jazdy z prędkością gwarantującą śmierć pieszemu ocenił jako pech. No cóż. Taki peszek, bo kierowca który go wiózł nogę miał ciężką… I dziwić się tu suwerenowi, że nie chce zwolnić na drogach do legalnej prędkości?

O co chodzi z tym, że przekraczamy? Czyżby chodziło o to, że nic za to nie grozi? Nieeeee… To wytłumaczenie jest zbyt proste, choć się od razu narzuca. Powodów jest więcej, a źródeł problemu trzeba szukać w genach gatunku homo i psychologii.

Problem jest. Od momentu kiedy zaczęliście czytać ten felieton zginęło w wypadkach 5 osób. A do końca tekstu kilkadziesiąt. Na planecie. Powinniśmy być szczęśliwi, że żyjemy w kraju gdzie każdego dnia ginie tylko osiem osób. Choć z drugiej strony w Szwecji jeden człowiek ginie co półtora dnia i oni ciągle walczą, żeby było tych trupów mniej. Nie my. Niestety.

Dlaczego tak jest, że giniemy w wypadkach drogowych? Odpowiedź: energia kinetyczna. Masa razy prędkość do kwadratu. Nasze ciała są ewolucyjnie przystosowane, żeby nie zrobić sobie dużej krzywdy przy prędkościach jakie osiągamy w sposób naturalny od kilkuset tysięcy lat. Maksymalnie możemy biec około 40 km na godzinę – tyle wyciąga Usain Bolt na setkę. Ewolucja nie miała żadnego powodu, żeby inwestować w odporność naszych ciał na siły działające przy wyższych prędkościach.

Ta matematyczna potęga, czyli kwadrat prędkości nas zabija. Im szybciej się poruszamy, tym grzmotnięcie w cokolwiek jest bardziej mordercze. Niby oczywiste, ale nieintuicyjne, że nawet niewiele za szybko może być do kwadratu bardziej niebezpieczne dla naszego istnienia. A mimo to pędzimy… Dlaczego?

Nie ma nic nudniejszego niż wolna jazda

Z nudów. Nie zawaham się by tak to diagnozować. Zabija nas najzwyklejsza nuda. Nie ma nic nudniejszego niż długa jazda samochodem po autostradzie z dozwoloną prędkością 41 km/h. Wyobraźcie to sobie. Im szybciej pojedziemy tym zmniejszymy ilość nudy, a na pewno ją skrócimy. Znam człowieka, który w mieście jest istnym drogowym barankiem. Turla się swoim autem jak miś koala. Ale dać mu tylko kawałek autostrady, to dwieście koni puszcza w szaleńczy galop. Jedzie tak szybko jak tylko można. Nie jak wolno, bo kiedyś próbował, ale miał wrażenie, że stoi w miejscu. To jest jazda na krawędzi, z emocjami, buzującą adrenaliną, męska, alfosamcza. On pędząc czuje się wolny. Jak w reklamach samochodów. To namiastka władzy nad światem i kobietami jaką miał Dżyngis Chan, którego 16 milionów potomków żyje dziś na świecie. Szesnaście milionów!

Większość przedstawicieli naszego gatunku nie trafi do podręczników historii ani nawet do wikipedii. Nasz żywot w większości przypadków jest nudny i przewidywalny. Jemy, wydalamy, przekazujemy geny. Koniec. Światu zwierząt i roślin w zupełności to wystarcza. Ale nasz gatunek zrobił karierę dzięki temu, że naszym genom było to za mało. Wyszliśmy z uroczych sawann afrykańskiego ryftu wszędzie. Mgnienie oka a będziemy nawet na Marsie, choć nie ma bardziej nieprzyjaznego i morderczego dla naszych genów środowiska niż kosmos.

Ale co to ma wspólnego z wypadkami drogowymi? Nasz gatunek ewolucyjnie wykształcił potrzebę ryzyka. Nasza biochemia wymaga bodźców. Mordowaliśmy (mordujemy) innych przedstawicieli naszego gatunku, toczyliśmy wojny (toczymy). Niszczymy i destrukcja sprawia nam przyjemność. To jest defekt naszych genów, który odpowiada zarówno za ewolucyjny sukces jak i może przynieść nam zagładę. Zarówno indywidualną – na drogach, jak i masową – gdy jako gatunek wymrzemy.

W pokojowym, uporządkowanym świecie po dwóch wielkich wojnach ciężko odnaleźć intensywne bodźce. Mamy deficyt, który zaspokajamy na drogach. I mamy maszyny do produkcji adrenaliny. Nie służą one tylko do pokonywania odległości – one służą do wybawienia nas od nudy. I biada każdemu, kto będzie próbował nam to odebrać.

Niezrozumiana mądrość prawa

Mądrzy i odpowiedzialni przedstawiciele naszego gatunku przeforsowali kiedyś prawo. Ono chroni nas zarówno przed morderstwami, bo nie zabijamy się tylko dlatego, że nie wolno. W każdym miejscu i każdym czasie gdy tylko wolno zabijać innego homo, to nawet ci po których byśmy się tego nie spodziewali – robią to czerpiąc niewysłowioną rozkosz. Prawo chroni nas przed wojnami, przed gwałtami i przed niewolnictwem. Teoretycznie powinno również chronić przed śmiercią w wypadkach komunikacyjnych. Teoretycznie.

Mądrzy ludzie wymyślili, że w miarę bezpieczna prędkość w miastach to 50 km/h. To i tak powyżej gatunkowego limitu, który wynosi ponad 10 km/h mniej, ale mamy 70 proc. szans, żeby przeżyć zderzenie z pojazdem. Miał to być rozsądny kompromis między wrodzoną agresją a bezpieczeństwem niewinnych. Poza miastami 90 km/h. Tego już można nie przeżyć, choć szanse są duże jeśli pojazd ma wszystkie te trzyliterowe wynalazki niwelujące nasze genetyczne niedostosowanie do poruszania się z większymi prędkościami – ale o tym za chwilę – kontrolowane strefy zgniotu, które pochłaniają energię kinetyczną – przypomnę: masa razy kwadrat prędkości. Francuzi ograniczyli prędkość na drogach krajowych o 10 km/h i już kilkaset osób żyje, choć z pewnością by zginęły. Nienawiść jaką ocaleńcy obdarzyli rządzących wywołała małą rewolucję francuską. Rząd skazał miliony na większą nudę a ocalił ledwo kilkuset. Merde.

Wypadki są czymś absolutnie losowym. Ktoś był w złym miejscu, w złym czasie. To jest chaos. Kompletnie nieprzewidywalne. Wielka loteria. I mimo wszystko zdarzają się statystycznie bardzo rzadko. Dlatego prawie wszyscy ludzie podejmują ryzyko. Mamy to w genach. I kara – czyli wypadek – się nie zdarza. Jeśli złamaliśmy przepis o ograniczeniu prędkości po raz dziesięciotysięczny i nic złego się nie stało, to nie zawahamy się złamać go kolejne dziesięć tysięcy razy. Podobnie z przejazdem na czerwonym świetle.

Ale nawet jeżeli ryzyko jest niewielkie, to co dziesiątki tysięcy razy może zdarzyć się, że będziemy w złym miejscu o złym czasie i najzwyczajniej popełnimy błąd wynikający z naszych gatunkowych ograniczeń. W nocy śpimy, więc źle widzimy w ciemnościach. Ewolucja nie inwestowała nam we wzrok. Nie potrafimy prawidłowo ocenić prędkości szybko zbliżających się obiektów. Nigdy tego nie potrzebowaliśmy. Mamuty nie były jakoś szczególnie szybkie, zwłaszcza, że one się raczej oddalały. Więc ewolucja nie inwestowała w tą zbędną umiejętność. Słabo widzimy na boki. No i czas reakcji – ćwierć sekundy na biochemiczną reakcję wystarczyło nam na sawannie. Gdybyśmy potrzebowali reagować szybciej, to mielibyśmy układ nerwowy muchy z jej połączeniami elektrycznymi. Ewolucja uznała, że to zbędne. Taaaa… Zbędne przy prędkościach autostradowych. Ewolucja nie wiedziała na co nas skazuje. Podobnie pozbawiła nas echolokacji, która by się w ruchu samochodowym przydała, widzenia termicznego, radaru, dalmierzy i wszystkich tych wynalazków w jakie wyposażamy pojazdy, żeby załatać ewolucyjne niedoróbki.

Ulica musi zaskakiwać. To wyzwanie dla urbanistów

Bez zrozumienia tych zależności, które opisałem powyżej, nie da się zaprojektować dróg i miast w taki sposób, żebyśmy ginęli na drogach w mniejszej ilości niż dotąd. Nie tylko samochody powinny rekompensować ewolucyjne braki, ale powinny się tym zająć również ulice. Jeśli będą one umożliwiały „bezpieczną” jazdę z dużą prędkością, to żaden znak drogowy temu nie zapobieże z powodów opisanych wyżej. Drogi nie mogą być nudne. Osobiście nie odczuwam żadnego dyskomfortu psychicznego poruszając się z prędkością 40 km/h po serpentynach w Dolomitach. I to nie tylko o krajobraz chodzi, ale szerokość i profil drogi. Kierowcy jadą wolniej aleją drzew nie z powodu lęku przed zderzeniem, ale dlatego, że wydaje im się, że jadą szybciej niż w rzeczywistości. To „wydaje” się to słowo klucz – ludzie pojadą wolniej jeśli będzie się im wydawało, że jadą szybciej – ulice muszą zaskakiwać, intrygować, ciekawić. Mają być elementem antynudy. Jestem w stanie się założyć, że piękną ulicą, w pięknym mieście samochody pojadą wolniej. Sam tak jeżdżę. I widzę, że inni też tak jeżdżą. Z tego samego powodu jezdnie powinny być węższe. By uzyskać złudzenie prędkości, która nas najzwyklej podnieca. Nie boję się użyć tego słowa – prędkość jest podniecająca.

Dlatego rolą urbanistów, projektantów dróg, zarządców jest sprawienie, żeby ulice były podniecające. Tacy jesteśmy jako gatunek. Nie przeoramy naszych genów, których sekwencje nukleotydów formowały się nie od setek tysięcy lat, ale mają ich miliony. Do projektowania dróg powinni być zaangażowani psychologowie społeczni, socjolodzy. Przepustowość nie może być bożkiem. Jest sporo do zrobienia, jest dużo do zbadania. Jest wiele żyć do uratowania. Podobno jesteśmy najbardziej kreatywnym gatunkiem.

A w międzyczasie trzeba na nas – Polaków – podziałać prawem. Kolejny raz zaapeluję publicznie o prawną ochronę pieszych na przejściach od momentu gdy przymierzają się do wejścia na jezdnię oraz radykalną podwyżkę mandatów. To też psychologia – zaczynamy stosować przepisy w momencie gdy boimy się konsekwencji ich złamania. Mandat wartości połowy kilkunastoletniego passata w TDI zmieni optykę poruszania się. A ileż adrenaliny będzie, gdy zamigocze niebieski kogut… Kochamy takie emocje. I kochamy ich unikać. Byle nie skończyło się pouczeniem, jak u pana ministra.

Autor jest  zastępcą dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w Jaworznie

Czytaj dalej