Connect with us

Rozmowy i opinie

W Polsce można karać kierowców za jazdę „na zderzaku”. Tylko komuś musi się zacząć chcieć

Opublikowano

-

Nie musimy czekać, aż Ministerstwo Infrastruktury w końcu wymyśli, jaki ma konkretnie być „bezpieczny odstęp” od poprzedzającego samochodu. Do karania kierowców jadących za blisko innych wystarczy dziś tylko mądry szef MSWiA, odważny szef policji i jeden proces sądowy

Łukasz Zboralski, redaktor naczelny brd24.pl

Łukasz Zboralski, redaktor naczelny brd24.pl

Zdecydowana większość kierowców narzeka na tych, którzy jadą za blisko ich tylnego zderzaka. To koszmar zwłaszcza na polskich autostradach i ekspresówkach, gdzie w ten sposób często jadący w ogóle ponad autostradowy limit próbują wymusić na innych kierowcach zjechanie z lewego pasa (choćby akurat prawidłowo wyprzedzali).
To katastrofalne zachowanie w Polsce ma swoje konkretne katastrofalne skutki. Jak wynika z danych KGP w 2017 r. na autostradach z tego powodu doszło do 112 wypadków, w których zginęło 11 osób, a 184 zostały ranne. Rok później było 114 takich wypadków, 9 ofiar śmiertelnych i 158 rannych. W ubiegłym roku zaś w 94 wypadkach tym spowodowanych zginęło 13 osób a 143 zostały ranne. Liczba zgonów na autostradach była najwyższa w 2019 r. właśnie przy tych wypadkach, wyższa niż w wypadkach spowodowanych „niedostosowaniem prędkości do warunków” (11 ofiar).

Prawo nie określa, ile to metrów lub sekund

Podstawowy problem z rugowaniem takich zachowań z dróg to brak określenia, czym właściwie jest „bezpieczna odległość”, którą nakazuje zachować Prawo o ruchu drogowym.

Artykuł 19 PoRD zatytułowany „Bezpieczna prędkość. Odstęp między pojazdami” na temat odstępu mówi niewiele, choć rozsądnie:

2. Kierujący pojazdem jest obowiązany:
1) jechać z prędkością nieutrudniającą jazdy innym kierującym;
2) hamować w sposób niepowodujący zagrożenia bezpieczeństwa ruchu lub jego utrudnienia;
3) utrzymywać odstęp niezbędny do uniknięcia zderzenia w razie hamowania lub zatrzymania się poprzedzającego pojazdu.

W efekcie w Polsce kierowcy dowiadują się o tym, że nie zachowali bezpiecznej odległości dopiero po fakcie i często na sali sądowej. Tam też słyszą jednak jedynie, że dowodem na niezachowanie prawidłowego odstępu za poprzedzającym ich pojazdem jest fakt, że w niego wjechali. Nie pomaga to innym kierowcom, którzy jeszcze tego nie zrobili, zrozumieć, jak właściwie jechać.

Minister Adamczyk pracuje, dajmy mu jeszcze dekadę?

Teoretycznie problem miał zostać rozwiązany „już” w 2019 r. Rok wcześniej do prasy przedostały się niezwykle obiecujące informacje o tym, że resort infrastruktury „pracuje” nad określeniem bezpiecznej odległości od poprzedzającego pojazdu. Myśliciele z tego resortu są jednak tak zajęci, że nie mogą zgłębić prawodawstwa krajów, które już to mają (a fizyka wszędzie działa na razie tak samo) i przepisać tego na czystej kartce.
Zresztą nawet, gdyby wysilili się tak mocno, to nowelizacja Prawa o ruchu drogowym znów mogłaby utknąć w rządzie tak samo, jak ta dotycząca pieszych, przejść, odbierania prawa jazdy za szaloną jazdę poza obszarem zabudowanym. Leży gotowa do przesłania do Sejmu już rok i jakoś dotrzeć nie może.

Proponuję więc inną drogę, również możliwą w Polsce, przez którą biedacy z Ministerstwa Infrastruktury nie będą musieli się narobić.

Pierwszy policjant, który da karę, rozpocznie prosty proces

Otóż w demokracjach istnieje inny sposób porządkowania rzeczywistości w oparciu o niezbyt precyzyjne prawo. U nas ta droga jest drogą zapomnianą. Może warto ją sobie odświeżyć?

Chodzi o wykształcenie linii orzeczniczej w sądach. Tak na przykład Niemcy dopracowali się ustalenia tego, kiedy pieszy formalnie przed przejściem nabywa pierwszeństwa, bo chce przejść, a nie tylko idzie gdzieś chodnikiem.

W ten sam sposób możemy w Polsce określić, kiedy kierowca jedzie za blisko innego. Tak się bowiem składa, że już dziś polska Policja ma sprzęt, który pozwala zmierzyć odległość między jadącymi pojazdami – ma m.in. ok. pół tysiąca laserowych mierników LTI 20/20 TrueCam, które można kupić z taką opcja. Są też dostępne na rynku takie sprzęty jak fotoradar Integra 3D. Ale wystarczy i zdjęcie wykonane z wiadukty + pomiar prędkości.

Wystarczy więc, że szef Komendy Głównej Policji pozwoli szefowi polskiej drogówki pozwolić podwładnym (i nie wtrąci się w to zakazując szef MSWiA) zmierzyć kierowcę jadącego na autostradzie na zderzaku innego pojazdu a potem zatrzymać go i skierować wniosek o ukaranie do sądu. Tam policjanci będą mogli udowodnić (pamiętajcie o niezmienności fizyki oraz średnim czasie reakcja, który ogólnie dla ludzi wynosi ok. 1 sekundy), to co już dawno opracowano m.in. w Niemczech, czyli ustalić, że bezpieczna odległość od poprzedzającego pojazdu wynosić powinna np. wyrażoną w metrach połowę prędkości poruszania się pojazdów (czyli np. 60 m, gdy pojazdy jadą 120 km/h).

Wygrana jet w kieszeni. A następni sędziowie bez problemu będą mogli powołać się na istniejący wyrok. Tak, wiem, że nie zawsze to zrobią, bo w Polsce nie istnieje precedens, ale jednak mogą. Przypomnę tu choćby kwestię karania kierowców skrajnie łamiących prawo i doprowadzających do śmiertelnych wypadków jako „zabójców z zamiarem ewentualnym”. Takie zarzuty są coraz częstsze, a wystarczyło, że jeden prokurator uzyskał w sądzie prawomocny sukces takiego oskarżenia.

W ten prosty sposób w Polsce możemy zacząć już dziś sankcjonować tych, którzy zagrażają życiu i zdrowiu na autostradzie. Oczywiście pod jednym warunkiem – że minister spraw wewnętrznych i administracji chce czegoś bardziej niż minister infrastruktury. Za to głowy nie dam.

Oczywiście zawsze można też mieć w nosie ministrów, ale wówczas potrzebować będziemy w polskiej policji odpowiednika Franka Serpico, który weźmie tę sprawę we własne ręce. Bo co to za problem skierować ten wniosek raz do sądu?

Łukasz Zboralski