Zabiłem swojego syna. Drogowy zabójca opowiada brd24.pl swoją historię

Facebooktwittergoogle_pluslinkedin

Sądziłem może, że jestem na lekkim kacu. Myślałem raczej, że jakoś przejadę. To był krótki odcinek, parę kilometrów – najpierw przez las, potem jakieś trzy kilometry asfaltem – opowiada Stanisław Dziadewicz. Na tym krótkim odcinku doszło do wypadku, w którym zginał jego syn

Fot. Okręgowy Inspektorat Służby Więziennej w Warszawie

Stanisław Dziadewicz (z lewej) w wypadku stracił syna. Gdy do niego doszło miał we krwi alkohol. Fot. Okręgowy Inspektorat Służby Więziennej w Warszawie

Brd24.pl: 11 lat temu świętował pan z synem – marynarzem, który właśnie wrócił do domu z rejsu.

Stanisław Dziadewicz: A następnego dnia zdarzył się tragiczny w skutkach wypadek. Kupiłem synowi terenowy motocykl, trzeba było zawieźć opony do wulkanizatora. Wsiedliśmy razem do samochodu, ja prowadziłem. To było na Mazurach, jechaliśmy przez las, potem wyjechaliśmy na asfaltówkę. Przejechałem może 200 metrów kiedy doszło do wypadku.

Co się stało?                                                                          

Ktoś wymusił pierwszeństwo, a ja starałem się uciekać, ratować, żeby nie pozabijać ludzi jadących z przeciwka. Małym autem, fiestą, jechało pięć młodych osób. Ja prowadziłem samochód terenowy. Uciekając przed zderzeniem czołowym uderzyłem bokiem w drzewo. Syn miał tylko jeden uraz – pękła mu wątroba. Wina była wyłącznie moja, mogę siebie nazwać zabójcą. Gdybym z synem nie pił tego alkoholu dzień wcześniej, gdybym był trzeźwy, może nie doszłoby do tragedii. Może zareagowałbym na drodze zupełnie inaczej. A tak… straciłem jedynego syna. Długo leczyłem traumę. Dwukrotnie byłem w szpitalu psychiatrycznym.

Wsiadając za kierownice miał pan świadomość tego, że w dalszym ciągu ma pan alkohol we krwi?

Nie myślałem o tym. Nie miałem takiej świadomości, sądziłem może, że jestem na lekkim kacu. Myślałem raczej, że jakoś przejadę. To był krótki odcinek, parę kilometrów – najpierw przez las, potem jakieś trzy kilometry asfaltem. Syn zginął bezpośrednio w wypadku. Miał 33 lata. Stracił życie przez mnie. Moją winą jest to, że dzisiaj nie mam ani jego, ani żony, ani rodziny. Zerwali ze mną kontakt.

Minęło 11 lat od tamtej chwili. Wraca pan do tamtego dnia myślami?

Bez względu na wszystko codziennie się o tym myśli. Te myśli nie znikną, nie ma takiej możliwości, zostaną ze mną. Często zastanawiam się nad tym, że powinno być odwrotnie – to ja powinienem był zostać na tej drodze a nie mój syn.

Za to, co pan zrobił, od dwóch lat odsiaduje pan karę więzienia. Został jeszcze ponad rok.

Nigdy nie myślałem, że będę w zakładzie karnym. Prowadziłem normalne życie, miałem dwie prosperujące firmy. Teraz jestem zabójcą, ale jestem także poszkodowany. Gdybym ja nie usiadł za kierownicą tamtego dnia, to może nie doszłoby do tragedii. Żałuje tego co się stało.

Dzisiaj opowiada pan swoja historię innym. Dlaczego?

Staram się pomagać w ten sposób. Biorę udział w spotkaniach, posiedzeniach, wykładach na temat alkoholu. Za kratami nie mogę zrobić wszystkiego tego, co bym chciał. Na tyle ile pozwalają wychowawcy i dyrekcja staram się uświadamiać tych, którzy odbywają wyroki za jazdę po alkoholu. Uzmysławiam im, co może się stać, tak, aby już nigdy nie siadali za kierownicę po alkoholu, żeby już do tego nie wracali.

Rozmawiała Agnieszka Niewińska