Connect with us

Społeczeństwo

Po każdym wypadku policja jeździ do szpitala. Bo nie ma systemu, w którym może sprawdzić stan rannych

Policjanci z drogówki zamiast pilnować niebezpiecznych kierowców muszą jeździć po szpitalach. Bo w Polsce nie ma systemu, w którym służba mogłaby sprawdzić stan rannych. To rocznie może być nawet ponad 40 tys. wyjazdów radiowozów i setki tysięcy godzin pracy

Opublikowano

-

Policjanci z drogówki zamiast pilnować niebezpiecznych kierowców muszą jeździć po szpitalach. Bo w Polsce nie ma systemu, w którym służba mogłaby sprawdzić stan rannych. To rocznie może być nawet ponad 40 tys. wyjazdów radiowozów i setki tysięcy godzin pracy

Radiowóz policji Fot. CC ASA 4.0

Radiowóz policji Fot. CC ASA 4.0

Polska policja druchu drogowego traci tysiące godzin pracy oraz paliwo. Wszystko przez to, że funkcjonariusze pojawiający się przy wypadku drogowym sami muszą ustalać stan rannych – w tym celu muszą m.in. jeździć do szpitali, do których z drogi przewożeni są poszkodowani. Wszystko dlatego, że policjanci nie mogą elektronicznie sprawdzić stanu rannych w systemie.  – Policja nie posiada bezpośredniego dostępu do danych medycznych ofiar wypadków drogowych – przyznaje mł. insp. Mariusz Ciarka, rzecznik prasowy Komendanta Głównego Policji.

Muszą wiedzieć czy to wypadek czy kolizja

Wiedza o tym, jaki naprawdę jest stan rannych jest konieczna, by stwierdzić czy doszło do wypadku drogowego czy tylko do kolizji (jako wypadek kwalifikowane są zdarzenia, w których ktoś ponosi śmierć lub ma obrażenia ciała „powodujące naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia trwające dłużej niż 7 dni”). To właśnie muszą sprawdzać policjanci. Jak to dziś działa? – Policjant, który jako pierwszy przybył na miejsce wypadku drogowego jest zobowiązany zebrać wstępne informacje dotyczące zdarzenia drogowego, w tym dotyczące charakteru obrażeń ciała osób poszkodowanych oraz ustala miejsce ich hospitalizacji – informuje Ciarka. – Informacje, najczęściej ustne, są pozyskiwane od lekarzy, np. załóg ratownictwa medycznego, Izby przyjęć w szpitalach lub ewentualnie lekarzy prowadzących. Nie jest to jednak zadanie, które wymaga szczególnego zaangażowania policjanta – zaznacza rzecznik KGP.

Ale w praktyce policja i tak po wizycie na miejscu wypadku, zwykle jedzie radiowozem do szpitala. Bo, gdy funkcjonariusze prowadzą postępowanie, muszą „zabezpieczyć dokumentację medyczną”.
–  Jest niezbędna do uzyskania opinii sądowo-lekarskiej o stopniu rozstroju zdrowia (naruszeniu czynności narządu ciała, o którym mowa w art. 156 lub art. 157 Kodeksu karnego). Wnioski płynące w takiej opinii determinują odpowiedzialność (stopień zagrożenia karą) sprawcy wypadku drogowego – tłumaczy Ciarka i dodaje: – Wielokrotnie charakter i skutki zdarzenia drogowego powodują potrzebę niezwłocznego zabezpieczenia dokumentacji medycznej ofiary bądź ofiar, a co za tym idzie udania się policjanta bezpośrednio do szpitala.

Jeśli brać pod uwagę, że w Polsce na drogach rannych jest blisko 40 tys. osób rocznie (do tego należy doliczyć tych, którzy jako ranni docierają do szpitali, ale nie udaje się ich uratować – i w ostatecznej statystyce policji figurują jako ofiary śmiertelne), widać, że możemy w kraju tracić setki tysięcy godzin pracy funkcjonariuszy, którzy w tym czasie mogliby zajmować się np. prewencją na drogach. To także niebagatelny koszt, jeśli uwzględnić fakt, że jadąc do szpitala radiowozem policja zużywa też przecież paliwo.

Ministerstwo Zdrowia: nie mamy takiego systemu

Ten koszt, który ostatecznie ponoszą podatnicy, mógłby nie istnieć. Policjanci mogliby w komputerze sprawdzić stan rannych. Tak to działa w krajach, które mają dobre bazy danych o wypadkach – i tak jak np. w Szwecji włączają do nich informacje od wszystkich służb, w tym informacje medyczne.

W Polsce taki system nie istnieje. – Ani Ministerstwo Zdrowia, ani Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia nie prowadzi systemu informatycznego zapewniającego możliwość sprawdzenia stanu zdrowia osób poszkodowanych 
w wypadkach bez konieczności składania wizyt w szpitalach – informuje brd24.pl Krzysztof Jakubiak, dyrektor Biura Prasy i Promocji Ministerstwa Zdrowia.

Brak systemu to nie jedyny problem. Informacje o rannych w Polsce czasem nijak mają się do tych, które gromadzone są w innych krajach UE. Polskie szpitale bowiem gromadzą dane o pacjentach zgodnie Międzynarodową Kwalifikacją Statystyczną Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10. Nie rozróżniają w tej bazie tych pacjentów, którzy trafili do placówek medycznych po wypadkach komunikacyjnych. – Tymczasem w części krajów Unii Europejskiej urazy w wypadkach drogowych są klasyfikowane według skali MAIS (Maximum of Abbreviated Injury Scale) – rekomendowanej przez Komisję Europejską – co powoduje trudność, np. przy porównywaniu danych dotyczących osób ciężko rannych – przyznaje mł. insp. Mariusz Ciarka.

Skalę MAIS+3 według deklaracji składanych UE Polska powinna wprowadzić już dawno temu. Do tej pory jednak jej brak. Za przygotowanie skali klasyfikowania rannych odpowiedzialna jest Krajowa Rada BRD działająca w Ministerstwie Infrastruktury.

AN, luz