Connect with us

Społeczeństwo

Winny bez kary. Syn ambasadora Arabii Saudyjskiej spowodował wypadek w Polsce

Opublikowano

-

Ahmed M., syn ambasadora Arabii Saudyjskiej jechał 140 km/h w Warszawie i spowodował ciężki wypadek. Prokuratura umorzyła tę sprawę, bo młodego człowieka chroni dyplomatyczny immunitet

Wrak samochodu, w który wjechał syn ambasadora Arabii Saudyjskiej w Polsce

Wrak samochodu, w który wjechał syn ambasadora Arabii Saudyjskiej w Polsce

To był piękny dzień, początek wiosny. 26 marca 2018 r. świeciło słońce, widoczność była świetna. Pan Ryszard Lubiński wracał właśnie z 9-letnią córką, którą odebrał ze szkoły. Około 14:30 przejeżdżał przez skrzyżowanie na Alei KEN na warszawskim Ursynowie. To ostatnie, co zapamiętał z tamtego dnia. Obudził się dopiero w szpitalu, trzy tygodnie później.

Tego dnia w ich hondę wbił się ciemny samochód, który pędził – według opinii biegłych – ok. 140 km/h w miejscu, gdzie można było jechać najwyżej 50 km/h. Na miejscu wypadku przypadkowo znalazło się dwoje lekarzy. Jeden z nich udzielał Poszkodowanym pomocy. Zapamiętał, że ciemne auto miało dyplomatyczne niebieskie tablice rejestracyjne, że pędziło z dużą prędkością. Po uderzeniu w hondę, ścięło latarnię wpadło na chodnik i znów wyjechało na jezdnię. Na chodniku uciekała piesza z wózkiem, z którego wypadło niemowlę.

Kierowca hondy był nieprzytomny. Lekarz – świadek wypadku – stabilizował mu szyję rękoma. Na tylnej kanapie siedziała płacząca dziewczynka, która skarżyła się na ból nóg. Nią zajęła się kobieta, która także była świadkiem wypadku i lekarzem.

Zniszczone życie

Pan Ryszard opowiedział swoją historię nam (ale też Wprost.pl, który o sprawie napisał już jako pierwszy). Wciąż nie może otrząsnąć się po tym wypadku.

– W dokumentacji medycznej można wyczytać, jak zostałem poszkodowany: stłuczenie przedniego płata mózgowego, sześć implantów w kręgosłupie. To, że chodzę normalnie, to jest duże osiągnięcie. Do teraz np. drętwieją mi ręce w nocy – opowiada brd24.pl Ryszard Lubiński.

Lubiński pracował jako menadżer w dużych korporacjach. Prowadził wiele konsolidacji w swojej branży, w agencjach pracy tymczasowej. Był też menadżerem medycznego startupu. Wypadek wyrwał go z pracy zawodowej. Jak przyznaje, stracił „psychiczny napęd”. – Moje życie po wypadku legło w gruzach. Ale nie chodzi o mnie. Poważnie ranna została też moja córeczka – mówi Lubiński brd24.pl – Jak się to tak po prostu komuś opowiada, to może nie robi takiego wrażenia. Ale ja mam film, jak ona zaczyna chodzić po wypadku… Wie pan, jaka to dla dziecka jest trauma? Nie mogła pójść do komunii razem z rówieśnikami… Ma dziś jedną nogę krótszą.

Człowiek z immunitetem

Według świadków wypadku z samochodem, który wjechał w rodzinę Lubińskich, kierował młody mężczyzna o śniadej cerze i z dużą nadwagą. Po zderzeniu chodził wokół zniszczonej hondy pana Ryszarda i powtarzał „Tell that nothing happened them…”.

Z relacji po wypadku wynika, że otoczył go wzburzony tłum. Ludzie grozili sprawcy wypadku. Ostatecznie, na szczęście, nie doszło do linczu.

Okazało się, że za kierowcą, który spowodował wypadek był Ahmed M., pełnoletni syn ambasadora Arabii Saudyjskiej w Polsce. Ursynowska prokuratura, która prowadziła śledztwo w tej sprawie uznała, że gdyby jechał zgodnie z przepisami, nie doprowadziłby do wypadku. Nie znaleziono winy w zachowaniu kierowcy hondy.

Ostatecznie jednak Ahmed M. nie poniósł kary. Niedawno, po dwóch latach, śledztwo w tej sprawie zostało umorzone. Syna ambasadora chroni bowiem immunitet.
Konwencja Wiedeńska o stosunkach dyplomatycznych nie pozwala na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej dyplomaty ani członka jego rodziny w innym kraju. Dyplomaci mogą samo zgodzić się na wyłączenie z tego przepisu. Arabia Saudyjska w sprawie Ahmeda M. o coś takiego nie wystąpiła.

Ryszarda Lubińskiego nie uwiera jednak fakt, że dyplomaci i ich rodziny są chronieni immunitetami. Uważa, że zachowali się niewłaściwie. – Nikt z ambasady Arabii Saudyjskiej nie kontaktował się z nami, nie próbował przeprosić. Nie zrobiono nic – opisuje Ryszard Lubiński. – A ten chłopak przecież o mały włos nie zabił dwóch osób. Nie waham się tak powiedzieć, bo to wynika z naszej dokumentacji medycznej. I jak gdyby nic się nie stało dalej jeździ samochodem, prowadzi studenckie życie, chodzi po klubach…

Lubiński ma trochę żal do państwa. Uważa, że mu w tej sprawie nie pomogło. Ubezpieczyciel wypłacił odszkodowanie. To nie jest duża kwota. O zadośćuczynienie też musi starać się od ubezpieczyciela. – Walczę w sądzie. Potrwa pewnie 2-3 lata. To razem będzie pięć lat po wypadku, jeśli uda mi się coś wywalczyć – kończy Lubiński.

Łukasz Zboralski