Connect with us

Rozmowy i opinie

Dlaczego premier Morawiecki pozwala na powrót systemu korupcji i głupoty?

Opublikowano

-

Jeśli polityk wprowadza dla kierowców możliwość bezkarnego łamana prawa za opłatą – to jest to korupcja. Jeśli przy takiej korupcji nie wymyśla systemu, który przy okazji miałby sens – to jest to głupota. Dlaczego premier Mateusz Morawiecki, który był bezwzględny w urealnieniu kar dla kierowców, pozwala teraz na niszczenie tego, co osiągnął?
Premier Mateusz Morawiecki Źródło: Twitter/Kancelaria Premiera

Premier Mateusz Morawiecki Źródło: Twitter/Kancelaria Premiera

Przedwyborcze manipulowanie przy prawie dotyczącym kierowców to polskie odwieczne nieszczęście i świadectwo na brak odpowiedzialności klasy politycznej, brak odpowiedzialności.

Przypomnę tylko, czym to się kończyło. Ponad dekadę temu parlamentarzyści podwyższyli dopuszczalne prędkości na autostradach i ekspresówkach – do 140 km/h i 120 km/h, choć drogi te budowane były do innych prędkości maksymalnych. Wiadomość, że „można szybciej” przeniosła się psychologicznie na całą sieć dróg i w rok potem odnotowaliśmy więcej zabitych na drogach. Było to tak widoczne, że ci sami posłowie, którzy do tego doprowadzili, po roku zastanawiali się nad wzrostem wypadków. Oczywiście, nic z tym już nie zrobili.

Nieco później – w populistycznym szale przed wyborami politycy zagłosowali za odebraniem samorządom wszystkich fotoradarów, nawet stacjonarnych, których lokalizacje miały sens i uzgadniano je z państwową służbą. Efekt znamy. O 50 proc. w tych miejscach wzrosła liczba śmiertelnych wypadków.

Wiadomo więc, jak to się kończy. Tego rodzaju decyzje po prostu okupione są krwią.

Wydawało się, że ten etap politycznej nieodpowiedzialności mamy za sobą. Że pierwszy rząd od 30 lat pokazał, iż sprawy tak ważne, jak życie ludzi na drogach, nie mogą stawać się kartą w populistycznych rozgrywkach. I dobrze wiadomo, że była to osobista zasługa premiera. To Mateusz Morawiecki kazał swoim ministrom – którzy się od tego wymigiwali – wprowadzić przepisy nakazujące kierowcom ustępowanie pieszym zanim postawią nogę na pasach oraz urealnić grzywny i punkty karne za najniebezpieczniejsze zachowania na drogach.

Morawiecki miał śmiałość pokazać, że wprowadzanie ładu na drogach nie odbiera poparcia wśród wyborców. Zresztą, od dawna takie badania społeczne leżały w szafie resortu infrastruktury. Ta odwaga się opłaciła – w 2022 r. o 1/3 zmniejszyła się liczba wypadków drogowych, kierowcy mocno zwolnili (o 1/3 spadła liczba naruszeń rejestrowanych przez fotoradary), a Polska odebrała europejską nagrodę za poprawę bezpieczeństwa drogowego (i jest dziś pod tym względem w środku zestawienia krajów UE, a latami była druga-trzecia od końca).

Tymczasem przed wyborami prawica postanowiła kierowcom „ulżyć”. O ile rzeczywiście powrót do kasowania się punktów karnych po roku a nie po dwóch latach (ale nadal od momentu zapłacenia mandatu) można było uznać za element pewnego dostrajania systemu kar, o tyle powrót do pogadanek, na których za pieniądze piraci kasować będą od jesieni punkty karne, to powrót do systemu korupcji i głupoty.

Dlaczego system korupcji? Bo jest jasnym, że w ten sposób politycy próbują przekupić wyborców (ci zapłacą własną krwią, ale wielu tego nie rozumie). Jest nieoficjalnie wiadomym, że te zmiany – kosztem całego społeczeństwa – wylobbowała branża transportowa, której kierowcy „cierpieli”, bo dostawali punkty karne. Jest wreszcie wiadomo, że system ma po prostu pozwolić zarabiać Wojewódzkim Ośrodkom Ruchu Drogowego, które przez niezmieniane od lat ceny egzaminów na prawo jazdy borykają się z kłopotami (a nawet strajkami egzaminatorów, którzy chcieli by zarabiać więcej).

Dlaczego system głupoty? Bo przy całym szaleństwie powrotu do możliwości płacenia za kasowanie punktów karnych, można było próbować uczynić kursy reedukacyjne dla piratów choć trochę rozsądnymi, czyli takimi, które miałyby szanse zmieniać postawę choćby części z nich. Niestety – jak pokazał projekt rozporządzenia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji – zaprojektowano 8 godzin pogadanek (z prezentacjami i puszczaniem filmów!) oraz zadanie praktyczne polegające na jednorazowym wciśnięciu hamulca w samochodzie na placu WORD.

Ten system korupcji i głupoty można jeszcze naprawić. Jednak to znów premier musiałby uderzyć pięścią w stół i nakazać ministrom stworzenie rozsądnej koncepcji kursów.

Jak mogłaby wyglądać rozsądniejsza koncepcja? Po pierwsze, kosztem bezsensownych 8 godzin pogadanek, można byłoby wykroić czas na krótkie szkolenie praktyczne w ośrodku doskonalenia techniki jazdy. Każdy, kto pędzi po drogach, przy instruktorze wypadłby na marnego kierowcę – który nie jest w stanie zatrzymać się przed wyskakującą przeszkodą i nie jest w stanie wyprowadzić auta z poślizgu przy niskich prędkościach. To była by szansa na realne doświadczenie i być może mentalne przełamanie u części tych, którzy uważają, że „ja umiem szybko i bezpiecznie”.

Po drugie, co wynika trochę z pierwszego, takie kursy powinny być drogie. Droższe niż mandaty. Czyli próba odkupienia punktów karnych powinna być dla pirata bolesna. Musiałby zapłacić nie 300 zł za 6 punktów karnych (takie były ceny tych kursów, często prowadzonych też online, przed ich likwidacją), a na przykład 2-3 tys. zł za rozbudowane, sensowne zajęcia.

Jeśli takie poprawki nie zostaną dopisane w toku konsultacji rozporządzenia o kursach (właśnie trwają), to jedynym ich efektem będzie znów wzrost Polaków zabitych na drogach.

Łukasz Zboralski