Connect with us

Społeczeństwo

Kierowca wjechał w Zosię tuż przed jej domem, prawie w połowie przejścia. Prokuratura: winne jest tylko dziecko

Opublikowano

-

Kierowca dostawczego auta wjechał w 16-letnią Zosię, gdy doszła już prawie do połowy przejścia. Połamał jej miednicę i uszkodził kolano. Biegły sporządził dla prokuratury kuriozalną opinię, w której obwinił tylko ofiarę. Na jej podstawie śledczy uznali, że kierowca nie popełnił żadnego błędu
16-letnia Zosia Świstek w karetce tuż p wypadku i w szpitalu, gdzie przeszła operację Fot. arch. rodzinne

16-letnia Zosia Świstek w karetce tuż po wypadku i w szpitalu, gdzie przeszła operację Fot. arch. rodzinne

Rok temu, 4 stycznia był pochmurnym dniem w Żarach, miejscowości położonej niedaleko zachodniej granicy kraju. Po południu Zofia Świstek wyszła z domu. Jak zwykle – na siłownię. 16-latka lubi sport. Ćwiczy trzy razy w tygodniu. Uwielbia też lekką atletykę, jazdę rowerem.

Pięć minut po tym, jak zamknęła drzwi w mieszkaniu w bloku na ulicy Katowickiej, zadzwoniła do mamy. – Ale to nie była moja córka. To był obcy głos – wspomina jej mama, Magdalena Świstek. – Jakaś pani powiedziała, że córkę uderzył samochód. Tuż przed naszym blokiem. Wybiegłam na ulicę. Tam na chodniku stało trochę gapiów, a leżącą na drodze córka zajmowało się dwóch panów. Pamiętam, że mówili mi, że są ratownikami u nas na basenie. Córka nawet nie płakała, nic nie mówiła, była w szoku…

Nastolatka leżała spory kawałek od przejścia. Za przejściem stało też białe, duże dostawcze renault traffic. To jego kierowca uderzył w Zosię. Ojciec poszkodowanej w emocjach pytała go, jak to się stało. Zapamiętał, że kierowca był opryskliwy, twierdził, że dziewczynka „wtargnęła” mu pod koła, zarzucał, że miała gapić się w telefon.

Zosia z to wszystko zapamiętała inaczej. Dochodziła do przejścia i zatrzymała się. Widziała nadjeżdżający z jej lewej strony biały dostawczy samochód. Uznała, że jest daleko. Z prawej strony kierowca srebrnego osobowego samochodu zwalniał, by ją przepuścić. Weszła. Dalej pamięta tylko, że nagle światła samochodu były blisko niej. Ocknęła się na asfalcie, na drugim pasie jezdni, blisko krawężnika. Pochylali się nad nią jacyś ludzie.

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Po Zosię przyjechali ratownicy pogotowia i przewieźli ją do szpitala w Zielonej Górze. Tam szybka diagnoza. Zosia ma złamaną miednicę oraz poważny uraz kolana. Przechodzi m.in. zabieg artroskopii. – Dwa tygodnie była w szpitalu, potem żmudna rehabilitacja. Do maja miała stałe wizyty u sportowego ortopedy – opowiada mama. – No i do dziś są skutki. Córka utyka. Dalej musimy szukać jakiejś pomocy, bo do swojego ulubionego sportu na razie wrócić nie może…

Policja pomija świadków

Od razu po wypadku relację z niego zamieścił portal Poscigi.pl. Zamieścił też zdjęcia, które zrobił jakiś mieszkaniec pobliskiego bloku. Widać na nich Zosię owiniętą w folię termiczną na jezdni. Widać też stojące po wypadku renault. Jezdnia jest mokra. Nie można jednak powiedzieć, by panował zmrok. Jest widno. Miejskie latarnie nie są włączone. Portal zaznacza już w tytule, że uderzenie w dziewczynę było solidne – „upadła daleko”. Nie ma też zawahania co do winy. W informacji czytamy, że zawinił 44-letni kierowca. „Piesza była już na pasach w momencie, kiedy została potrącona” – mówi nadkom. Aneta Berestecka, rzeczniczka żarskiej policji.

Policjanci spisują zeznania kierowcy. Marcin J. opowiada, że jechał samochodem i gdy zauważył dziewczynę wchodzącą na przejście hamował, ale był zbyt blisko i zatrzymać się już nie zdołał. Zauważa, że robiło się już ciemno (na zdjęciach świadka wypadku, już po wypadku ciemno nie jest) a dodatkowo była mżawka i dla niego widoczność była bardzo ograniczona. Zauważa, że dziewczyna miała na sobie ciemne ubrania, że miała założony kaptur od bluzy i na to kaptur od kurtki, a na uszach miała „duże słuchawki”.

Jak kierowca nie zauważył pieszej w ciemnym stroju, w kapturze, a jednocześnie pod kapturem zobaczył założone słuchawki? Nie wyjaśnia. Z kolei prawdą jest, że Zosia miała na sobie czarną kurtkę, spod której wystawał fioletowy kaptur, ale jej dresowe spodnie były jasno-szare. Nie używała telefonu komórkowego, a słuchawki miała założone na szyi.

Policja spisuje tylko zeznania kierowcy, potem obiera jeszcze zeznania poszkodowanej i jej rodziców. – W tej sytuacji świadkiem był też człowiek, który jechał srebrnym samochodem i zwalniał, żeby przepuścić moją córkę. On był tego wszystkiego świadkiem. Niestety, jego policja o nic nie zapytała. A nam nie udało się do niego dotrzeć – opowiada mama poszkodowanej. – Pani, która podbiegła tuż po wypadku do mojej córki, i która z jej telefonu do mnie dzwoniła, policja też kazała odejść. Udało się nam ją potem odnaleźć – bo moja córka dotarła do niej poprzez jej córkę – i to ja umówiłam ją z policjantem, który prowadził sprawę, by złożyła tam zeznania.

Kobieta ta potwierdza to, co widać na zdjęciach zrobionych po wypadku – że na zewnątrz było jeszcze widno, a nie ciemno. Samego wypadku jednak nie widziała, zobaczyła już tylko leżącą postać na jezdni. Zapamiętała, że dziewczynka miała słuchawki na szyi. Miała w samochodzie kamerę rejestrującą, ale nic się nie zapisało, niestety, była akurat zepsuta.

Jak biegły Jakubczak wybielał kierowcę

Ponieważ Zosia ma uszkodzenia ciała skutkujące rozstrojem zdrowia powyżej 7 dni, sprawą wypadku drogowego zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Żarach. Po dziesięciu miesiącach od zdarzenia prokurator z Żar Radosław Wrzołek podpisuje decyzję o… umorzeniu postępowania prowadzonego w sprawie poszkodowania dziewczynki w wypadku „wobec stwierdzenia że czyn nie nosi znamion czynu zabronionego”. Uznano, że kierowca w ogóle nie zawinił. Winna jest tylko poszkodowana nastolatka. – Szlag mnie trafił – mówi Magdalena Świstek. – Jak dostaliśmy te papiery z prokuratury, to się we mnie zagotowało. No przecież to jest aż śmieszne – mówi mama potrąconej nastolatki.

Jak to możliwe, że prokuratura uznała, iż kierowca nie doprowadził do wypadku drogowego? Śledczy uznali tal na podstawie opinii biegłego ds. rekonstrukcji wypadków. Opinię tę 22 listopada 2023 r. sporządził dr inż. Marek Jakubczak, biegły Sądu Okręgowego w Poznaniu w dziedzinie techniczno-kryminalistycznej rekonstrukcji wypadków drogowych i techniki samochodowej. Jej treść jest szokująca.

Jakubczak odtwarza w swoich wyliczeniach przebieg wypadku. Nie ma wątpliwości, że Zosia została uderzona przez lewą przednią część dostawczaka. Zdążyła więc dojść prawie do połowy przejścia. Biegły zaznacza nawet, że zabrakło 10-20 cm, by do potrącenia nie doszło. Przyjmuje też, że dziewczyna poruszała się z typową prędkością pieszego wynoszącą 1,5 m/s.

Miejsce i sposób, w który kierowca dostawczaka uderzył w pieszą - odtworzone na podstawie rekonstrukcji dostarczonej prokuraturze. Opracowanie: brd24.pl

Miejsce i sposób, w który kierowca dostawczaka uderzył w pieszą na przejściu dla pieszych na ulicy Katowickiej w Żarach – odtworzone na podstawie rekonstrukcji dostarczonej prokuraturze. Opracowanie: brd24.pl/Google Maps

Biegły Jakubczak odtwarza też prędkość, z jaką poruszał się przed zaistnieniem wypadku kierowca. Uznaje, że Marcin J. jechał z prędkością zbliżoną do maksymalnej dopuszczalnej przez prawo w tym miejscu – czyli 50 km/h. Padał deszcz, jezdnia była mokra i z kałużami, kierowca zeznał, że miał ograniczoną widoczność i dojeżdżał do przejścia dla pieszych. Trudno uznać, że jazda z maksymalną dopuszczalną prędkością w takich warunkach jest bezpieczną prędkością. Zwłaszcza, że polskie prawo nakazuje kierowcy zmniejszyć prędkość przy dojeżdżaniu do przejścia dla pieszych, by nie narazić na niebezpieczeństwo pieszych dopiero na przejście wchodzących.

Dr inż. Jakubczak uważa dochodzi jednak do kuriozalnego wniosku, że taka prędkość była bezpieczna:  „(…) można wnioskować, że prędkość początkowa samochodu Renault Traffic w chwili powstania stanu zagrożenia, szacowana na ok. 50 km/h, była zbliżona do prędkości dopuszczalnej i w zaistniałej sytuacji, zdaniem opiniujących brak jest podstaw, aby uznać, iż prędkość, z jaką jechał kierujący nosiła znamiona prędkości niebezpiecznej, nie zapewniającej panowania nad pojazdem”. I pisze to w sytuacji wypadku drogowego, gdy ma namacalny dowód na to, że kierowca nie zapanował nad pojazdem – nie zdołał zatrzymać się przed przejściem.

Ta opinia jest typową dla części polskich biegłych sądowych, którzy od lat – przed zmianą prawa ws. pieszych – rekonstruowali wypadki w prosty sposób. Wyliczali, jak daleko był kierowca w momencie przekraczania przez pieszego krawężnika i obliczali, jaka była droga zatrzymania. Jeśli była taka, że nie udawało się wyhamować przed pasami, przypisywali winę poszkodowanemu, przekonując, że kierowca już nic nie mógł zrobić.

Biegły Jakubczak odnotował, że kierowca jechał z maksymalną dopuszczalną prędkością, w warunkach niepełnej widoczności, zbliżając się do przejścia dla pieszych i zeznawał, że „nie zauważył pieszej. I doszedł do wniosku, że kierowca prowadził ostrożnie i prawidłowo obserwując drogę. „(…) zachowując szczególną ostrożność i prowadząc w sposób prawidłowy obserwację drogi, pomimo podjętego manewru obronnego w postaci hamowania, nie był w stanie zatrzymać samochodu przed torem ruchu pieszej” – czytamy we wnioskach opinii. I dalej: „(…) brak jest zdaniem opiniujących podstaw, aby można było wnioskować, iż zachowanie kierującego Renaultem nie było dostosowane do zaistniałej sytuacji i występujących w chwili wypadków warunków drogowych”.

Biegły: mogła przyspieszyć kroku

Wniosek biegłego Marka Jakubczaka jest jednoznaczny – nie można uznać, że sposób technika prowadzenia pojazdu przez Marcina J. była niewłaściwa. Kierowca nie jest tu więc w ogóle winny.

Zupełnie inaczej biegły patrzy na poszkodowaną nastolatkę. U kierowcy nie odnajduje żadnych nakazów w prawie, każących mu choćby zmniejszyć prędkość, ale u nastolatki znajduje wszelkie winy. Pisze więc, że poszkodowana była objęta szczególną ochroną prawną przysługującą pieszym przekraczającym przejście, ale – jak zaznacza z emocjonalnymi wykrzyknikami – „pod warunkiem zachowania niezbędnych wymogów!!!”. I tak, jak w zachowaniu kierowcy nie dopatruje się złamania wymogu zachowania szczególnej ostrożności, tak w przypadku dziewczynki taki zarzut stawia. Podkreśla, że prawo zabrania „wchodzenia na jezdnię lub drogę dla rowerów: bezpośrednio przed nadjeżdżający pojazd, w tym również na przejściu dla pieszych”.

Na tym jednak nie kończy. Uznaje, że dziewczynka przed wejściem na jezdnię błędnie oceniła odległość oraz prędkość zbliżającego się pojazdu. I uważa, że gdyby patrzyła lepiej, to… mogłaby z przejścia uciec przed kierowcą. „(…) gdyby małoletnia, już po wejściu na przejście obserwowała zbliżający się pojazd (który jak wnosi wcześniej widziała), przyspieszając kroku miałaby możliwość zejścia z toru jazdy hamującego Renaulta i tym samym mogłaby uniknąć potrącenia” – czytamy w opinii.

Ostateczny wniosek Marka Jakubowskiego: to Zosia błędnie oceniła sytuację na drodze, weszła przed samochód, którego kierowca już nic nie mógł zrobić, zatem to wyłącznie ona doprowadziła do wypadku.

Rodzina z umorzeniem sprawy przez prokuraturę się nie zgodziła. Złożyła do sądu zażalenie na tę decyzję. Sąd jeszcze go nie rozpatrzył.

Portal brd24.pl zadał prokuraturze szereg pytań dotyczących opinii biegłego. Na odpowiedzi czekamy.

Łukasz Zboralski