Connect with us

Społeczeństwo

Miasto Jest Nasze publikuje historie ofiar wypadków i domaga się wyższych mandatów

Opublikowano

-

Organizacja Miasto Jest Nasze przedstawiła dziś własny raport dotyczący wypadków drogowych. Pokazuje w nim m.in. historie ofiar wypadków i ich rodzin. Stowarzyszenie domaga się podniesienia stawek mandatów drogowych, wprowadzenia kar administracyjnych w postępowaniach z fotoradarów oraz powiązania stawek OC z punktami karnymi
Fragment raportu ws. wypadków stowarzyszenia Miasto Jest Nasze

Miasto Jest Nasze wskazuje, że co roku w Polsce ofiarami wypadków pada 40 tys. rodaków. To tyle, ile mieszkańców liczy np. Żyrardów

Miasto Jest Nasze zaprezentowało dziś swój raport zatytułowany „Ofiary prędkości – koszty społeczne i gospodarcze”. Przedstawiciele stowarzyszenia przypominają w nim – na postawie danych Krajowej Rady BRD – ile kosztuje społeczeństwo każdy wypadek śmiertelny lub taki, w którym ktoś zostaje ranny.

MJN zwraca uwagę, że w 88 proc. przypadków winnymi spowodowania wypadku są kierowcy. A jedną z głównych przyczyn wypadków jest nadmierna prędkość rozwijana przez kierujących. „90 proc. kierowców przekracza prędkość poza obszarem zabudowanym” – przypomina w raporcie MJN i dodaje, że 85 proc. kierowców jeździ też za szybko w okolicach przejść dla pieszych.

Stowarzyszenie zwraca uwagę, że taka skala wypadków drogowych kosztuje Polaków rocznie ponad 30 mld zł (koszt wypadków drogowych oszacowanych za 2018 r. przez KRBRD).

„Czasem modlę się, żeby umarł przede mną”

Stowarzyszenie w raporcie przedstawiło trzy historie ofiar wypadków. Pozwalają zrozumieć, z czym borykają się ludzie, którzy zostali ranni w wypadkach. I z czym borykają się ich rodziny.

Tomek (34 lata) – data wypadku: 31 lipca 2017
O wypadku Tomka opowiada jego siostra.

To było w Skawinie koło Krakowa. Tomek wracał z pracy motocyklem. Jechał z dozwoloną prędkością, kiedy z ulicy podporządkowanej wjechała w niego samochodem kobieta. Prawdopodobnie uderzył głową w słup. Miał wtedy 30 lat.
W śpiączce spędził prawie pół roku. Lekarze nie dawali mu żadnych szans i sugerowali, by odłączyć go od aparatury. Tomek miał duże obrażenia głowy i mózgu, amputowany fragment stopy. Były problemy z nerkami. Przeszedł operację szczęki, przez kilka miesięcy miał założoną tracheo- i gastrotomię.

Po prawie pół roku obudził się i zaczął mówić, co zakrawało na cud. Dwa miesiące spędził na intensywnej terapii, a potem rodzina przeniosła go do prywatnego ośrodka rehabilitacyjnego w Krakowie. Miesiąc kosztuje 25 tysięcy złotych, a on spędził tam 7 miesięcy. Jego rehabilitacja pochłonęła już ponad pół miliona złotych i wciąż trwa. Oprócz tego wizyty u neurologopedów, neuropsychologów, hipoterapia.

Tomek nie jest w stanie wrócić do pracy. Przed wypadkiem był bardzo aktywny, uprawiał sporty, jeździł na nartach, pływał. Wypadek wszystko przekreślił. Zmieniło się życie całej rodziny. Rodzice prowadzą mały sklep, ale musieli podporządkować wszystko rehabilitacji Tomka. Cały dzień to jest jazda od lekarza do terapeuty na psychoterapię. Rehabilitacja to taka robota na pełen etat, w dodatku z nadgodzinami: od rana do wieczora jakieś zajęcia.

Wparcie państwa jest zerowe zwłaszcza dla takich osób jak on, w śpiączce albo w stanie minimalnej świadomości, które potrzebują bardzo intensywnej, praktycznie stałej rehabilitacji. W 2017 r. nie było w Polsce żadnego ośrodka, który by to oferował. Działał wtedy Budzik dla dzieci. Budzik dla dorosłych powstał później, ale było tam wtedy tylko kilka miejsc.
Mój brat dostał z NFZ termin zabiegu w związku z amputowaną stopą na 2027 r. Miesięczna rehabilitacja Tomka kosztuje 4–5 tysięcy złotych. Powinien za nią płacić ubezpieczyciel sprawcy wypadku. Cały czas toczy się postępowanie przed sądem.

Powiatowy ośrodek ds. osób niepełnosprawnych przyznał Tomkowi umiarkowany stopień niepełnosprawności. Zabrano mu kartę parkingową, a to jest facet, który ma amputowane pół stopy, nie jest w stanie nigdzie wyjść sam, trzeba go wszędzie wozić.
Niestety, nadal ma duże problemy z pamięcią, zaburzenia równowagi i spowolnioną mowę. Wcześniej bardzo dobrze rozmawiał po angielsku i niemiecku. Teraz nic nie umie. Informatyk programista, tworzył linie produkcyjne, programował maszyny, ale nie ma szansy na powrót do tej pracy, bo już tego nie potrafi.

Przed wypadkiem brat był atrakcyjny towarzysko. Urwały się kontakty ze znajomymi. To samo z narzeczoną – mieli plany, ale nic z nich nie wyszło. Tak naprawdę zmieniły się wszystkie strefy życia. Wszystko się odwróciło o 180 stopni i prawdopodobnie już tak zostanie. Jakby rodziców nie było, jakby mnie zabrakło, to będzie to ogromny problem.

Tomek ma małą rentę, około tysiąca złotych miesięcznie. To są pieniądze na góra tydzień rehabilitacji. Liczymy też na zadośćuczynienie, ale to pewnie jeszcze lata walki z ubezpieczycielem. W przypadku Tomka życie da się dość dokładnie wycenić, to są konkretne kwoty.

Karolina (29 lat) – data wypadku: 27 maja 2019
O swoim wypadku opowiada sama

Ta data zmieniła moje życie w ciągłą walkę. W tym dniu mieliśmy z mężem wypadek z samochodem ciężarowym na niemieckiej autostradzie. Mój mąż zmarł na miejscu. Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży. Gaja urodziła się z wagą 900 gramów. Ja mia- łam m.in. odmę płuc, uszkodzoną wątrobę, uraz czaszkowo-mózgowy, uszkodzony kręgosłup, pękniętą miednicę, złamaną kość krzyżową. Kość krzyżowa i miednica zostały ustabilizowane za pomocą śrub. W konsekwencji wypadku mam częściowy niedowład lewej nogi, rozproszone uszkodzenie splotu lędźwiowo-krzyżowego. Doszło do zaników mięśni, mam silne bóle neuropatyczne. Cały czas jestem leczona pregabaliną.

W październiku 2020 r. odbyła się operacja usunięcia jednej ze śrub, która była krzy- wo położona i uciskała nerw. Niestety, nie polepszyło to mojego stanu, tylko nasiliło ból. Mam trudności ze schylaniem się i utrzymaniem równowagi. Odczuwam silny ból stopy, który towarzyszy mi na co dzień. Z takim bólem ciężko funkcjonować. Powodu- je on wahania nastroju i stany depresyjne. Na maj 2021 r. zaplanowana jest operacja umieszczenia stymulatora rdzenia kręgowego, który ma za zadanie uśmierzać ból. Nie rozwiązuje to jednak problemu z zanikiem mięśni.

Jestem po licznych konsultacjach neurochirurgicznych. Każdy specjalista ma inną opinię co do stymulatora (przy takim uszkodzeniu może nasilić ból), lecz są jednomyślni w jednym: mam uszkodzone nerwy, a wobec tego medycyna jest bezradna. W niedalekiej przyszłości dojdzie do całkowitego zaniku mięśni, a ja pozostanę z okropnym bólem, będę mieć coraz większe trudności w poruszaniu się. Nie poddaję się jednak. Ciągle szukam sposobu na ratunek. Jestem mamą ślicznej dziewczynki, która ma tylko mnie. Samotne macierzyństwo z takimi problemami jest bardzo ciężkie. Dla córki muszę walczyć o własne zdrowie. Mam świadomość tego, że już nigdy nie wrócę do stanu sprzed wypadku. Jestem wdową i samotną matką półtorarocznej Gai. A mam dopiero 29 lat.

Rafał (37 lat) – data wypadku 30 marca 2004
O wypadku Rafała opowiada jego matka

Rafał wyszedł do kolegi, miał do przejścia jakieś 700 metrów. W okolicy dworca autobusowe- go potrącił go kierowca samochodu. Główna siła uderzenia poszła na nogi, miażdżąc jedną z nich – samochód przejechał mu też stopę. Kierowca znał Rafała i wiedział, gdzie mieszka, ale zamiast udzielić mu pomocy i zawieźć do szpitala, zapakował go do samochodu, podje- chał pod nasz dom, wyrzucił syna przed bramę i uciekł! Rafał ledwo doczołgał się do drzwi i zaczął w nie walić. Był zdezorientowany, dopiero po chwili powiedział, że ktoś go potrącił.

Zdjęliśmy mu spodnie i zobaczyliśmy siną nogę, która puchła z każdą sekundą. W szpitalu lekarz popełnił błąd, wsadzając zmiażdżoną nogę w gips (jak się później okazało, był pod wpływem alkoholu) – obrzęk rósł na tyle szybko, że po krótkim czasie trzeba było ją przełożyć w szynę.

Liczyliśmy, że szybko uda się ustalić sprawcę zdarzenia – na dworcu jest zamontowany monitoring. Niestety, przez prawie dwa miesiące nie mogłam się doprosić policji o wyniki ustaleń. W końcu dostałam odpowiedź 28 maja. Po odtworzeniu nagrania uznali, że nie zawiera istotnych informacji o wypadku. Przesłuchali nieletnią Justynę K., która była świadkiem zdarzenia. Zeznała, że sprawcą był kierujący samochodem cinquecento koloru czerwonego, podała numer rejestracyjny. Jednak w Wojewódzkim Ośrodku Informatyki w Warszawie policja ustaliła, że to numer lekkiej przyczepy. Napisali: „W związku z powyższym Komendant Powiatowej Policji w Przasnyszu odstąpi od wniosku o ukara- nie do sądu grodzkiego w Przasnyszu z powodu nieustalenia sprawcy wykroczenia”.

Przecież to jest skandal! Ani trochę nie wierzę w uczciwość policjanta, który to napisał. Albo krył znajomego, albo ktoś mu kazał, tego nigdy się nie dowiem. Jestem pewna, że ktoś mnie próbował oszukać.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że sprawca wypadku nigdy się nie ujawnił, a przecież nas znał. Nawet jeśliby przyszedł po tylu latach do naszego domu i przeprosił – wybaczyłabym. Nigdy jednak się nie zjawił i wiem, że już tego nie zrobi…

Wypadek sprawił, że Rafałem trzeba było się opiekować 24 godziny na dobę. Sprawa skomplikowała się jeszcze bardziej, kiedy zmarli rodzice, a mąż zaczął chorować na Alzheimera. Zostałam sama z dwiema osobami. Córka bardzo nam pomaga, ale ma też własną rodzinę i problemy, nie może być więc z nami cały czas. Rafał przestał się ruszać. Zaczęliśmy popadać w długi, których nie miałam jak spłacić, ponieważ nie mogłam pracować na stałe. Policja, kiedy zajmowała się wypadkiem, nie wspomniała nawet o możliwości ubiegania się o odszkodowania w Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym. Dowiedziałam się o tym dopiero w 2010 r., gdy sprawa się już dawno przedawniła. Podejmowałam się dorywczych zajęć, np. roznoszenia ulotek, ale to była kropla w morzu potrzeb – długi i koszty leków cały czas rosły. Nie wystarczało na opał, bywały takie okresy, kiedy nie jadłam przez kilka dni…

Szukałam pomocy wszędzie. Rafał ma założone zbiórki w Internecie. Były też takie osoby, które pod pozorem pomocy chciały zarobić na naszej tragedii. Najgorzej jednak zostałam potraktowana przez własne państwo. Od lat starałam się o zasiłek pielęgnacyjny. Wniosek finalnie odrzucono, ponieważ uznano, że już mam jedno świadczenie – dwa razy niższą emeryturę z racji opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem. Sąd pierwszej instancji przyznał mi rację, ale kolegium odwoławcze zaskarżyło wyrok i teraz czekam na sprawę przed Najwyższym Sądem Administracyjnym.

Rafał zaczął mieć poważne problemy ze wzrokiem – na jedno oślepł. Niedawne badania pokazały, że w wyniku wypadku ma zakrzepicę głęboką żył biodrowych, co może skutkować zatorem. Stopa jest cała sina i grozi to amputacją całej nogi.

Nie wiem, co będzie dalej. Mam prawie 70 lat, pokrzywione palce i kręgosłup. Od 35 lat nie wyjechałam choćby na krótki odpoczynek. Mam myśli samobójcze. Jestem słaba. Rafał w tym roku skończy 37 lat. Jest kompletnie niesamodzielny. Jego stan zdrowia pogarsza się z roku na rok. Co się z nim stanie, kiedy odejdę? Czasem modlę się, żeby umarł przede mną. Nie wyobrażam sobie zostawić go samego…

MJN postuluje kary administracyjne z fotoradarów i wyższy taryfikator mandatów

„Sprawne państwo musi zabezpieczać swoich obywateli” – pisze w podsumowaniu raportu Miasto Jest Nasze. I domaga się konkretnych zmian.

Stowarzyszenie żąda podniesienia stawek mandatów drogowych nie waloryzowanych od 25 lat. I wskazuje, że – jak wynika z badań Krajowej Rady BRD – taki postulat popiera 82 proc. Polaków. Miasto Jest Nasze uważa, że taryfikator mandatów tak, jak np. opłaty za parkowanie, powinien być corocznie waloryzowany.

MJN chce też, by w ramach OC kierowcy płacili obowiązkową stawkę na NFZ. Przypomina, że w 2006 r. ówczesny minister zdrowia Zbigniew Religa przedstawiał już projekt, w myśl którego od ubezpieczyciele mieli przekazywać Narodowemu Funduszowi Zdrowia 12 proc. składki obowiązkowego ubezpieczenia OC celem finansowania kosztownego leczenia i rehabilitacji ofiar wypadków drogowych. „Niestety, ze względu na silny lobbing towarzystw ubezpieczeniowych i zmiany polityczne (przedterminowe wybory w 2007 r.) zmiana nigdy nie weszła w życie” – wytyka Miasto Jest Nasze.

Domaga się też w raporcie powiązania stawek OC z liczbą punktów karnych za wykroczenia popełniane na drogach.

Społecznicy domagają się również sprawniejszej egzekucji mandatów m.in. z automatycznych systemów nadzorowanych przez CANARD w GITD. Uważają, że postępowanie mandatowe powinno być prowadzone w uproszczonym postępowaniu administracyjnym (jak ujawniliśmy niedawno w brd24.pl w Ministerstwie Infrastruktury trwają prace nad takim projektem nowelizacji prawa).

POBIERZ PEŁEN RAPORT MIASTO JEST NASZE W FORMACIE PDF

luz