Connect with us

Społeczeństwo

Trzej tenorzy Senatu o pieszych i kierowcach, czyli dlaczego powinno się zlikwidować Senat

Opublikowano

-

Senat miał być „izbą zadumy”, czuwać nad projektami z Sejmu i je poprawiać. Wczorajsze posiedzenie, na którym zajmowano się nowelą Prawa o ruchu drogowym, pokazuje, że to izba niewiedzy, indolencji i marnotrawienia podatków. Najbardziej widać było to po trzech senatorach, którzy kompletnie nie rozumieli, nad jakimi zmianami się namyślają i po co. Ale debatowali zawzięcie
Senatorowie (od lewej): Robert Dowhan (PO), Stanisław Gogacz (PiS) i Jerzy Czerwiński (PiS) Źródło: Kancelaria Senatu

Senatorowie (od lewej): Robert Dowhan (PO), Stanisław Gogacz (PiS) i Jerzy Czerwiński (PiS) Źródło: Kancelaria Senatu

Od dawna jestem przekonany, że Senat jest w Polsce zbędny (tak samo zresztą jak instytucja Prezydenta, wolałbym system kanclerski). Jednak to, co usłyszałem podczas wczorajszego posiedzenia Senatu powoduje, że jestem nie tylko za likwidacją izby wyższej parlamentu, ale za natychmiastową likwidacją, jak najszybszą. Bo Senat okazał się izbą, w której nie dopieszcza się ustaw sejmowych, tylko zbiorem starszych ludzi, poważnie oderwanych od rzeczywistości, którzy wydają z siebie opinie w sprawach, które nie do końca rozumieją. To z pewnością nie powoduje, że polskie prawo będzie lepsze. Jest po prostu droższe – o utrzymanie senatorów i Senatu.

W Senacie projekt zatwierdzony przez senacką Komisję Infrastruktury (z jedną drobną poprawką, uściślającą, że pieszy nie może przechodzić przez przejście, ale też nie może w fazie wchodzenia na przejście rozpraszać się telefonem czy innymi urządzeniami elektronicznymi – okazało się to jedyną zmianą, którą senatorowie byli w stanie z siebie wykrzesać) sprawozdawała senator Halina Bieda (PO) i dała sobie z tym radę nieźle. Choć potem, na część pytań o ten projekt, nie była w stanie już odpowiedzieć senatorom, co najlepiej pokazuje, jak powierzchownej wiedzy o procedowanym przez siebie prawie nabywają senatorowie.

Potem zaczął się jednak prawdziwy festiwal dziwnych wypowiedzi, karuzela śmiechu (przez łzy, oczywiście). Był jak śpiew trzech tenorów ściskających mocno kierownicę…

Trio kompromitacji, tenor pierwszy: Dowhan

Rozpoczął to senator Robert Dowhan z Platformy. Ten absolwent Zamiejscowego Wydziału Kultury Fizycznej w Gorzowie Wielkopolskim poznańskiej AWF i były prezes klubu żużlowego ZKŻ Zielona Góra dopytywał, po co w ogóle zmieniać prawo w sprawie pieszych. – Po co zmieniać przepisy, które już funkcjonują i które ja obserwuję, kiedy jadę. Widzę, że samochody stają i przepuszczają pieszych jak ci dochodzą do przejścia – przekonywał.
Cóż można odpowiedzieć na takie dictum, gdy słowa padają nie z klawiatury internetowego trolla, tylko z ust senatora? Czy człowiekowi w Senacie należy od początku tłumaczyć, że jego osobiste doświadczenie nie przekłada się na mechanizmy działające w świecie i nie są żadnym statystycznym obrazem żadnego problemu?

Dowhan szedł zresztą dalej z odsłanianiem swojej niewiedzy. Dziwił się publicznie, dlaczego ujednolica się prędkość w obszarze zabudowanym do 50 km/h także w nocy. I chciał od razu wiedzieć, jaką karę będzie płacił pieszy przyłapany na przejściu z telefonem przy uchu.

Senator Dowhan miał też bardziej szczegółowe problemy. – Jeśli pieszy przechodzi przez dwupasmówkę i jest torowisko, i pieszy musi tramwajowi ustąpić, i stoi na pasach, to samochody też stoją, czy ten z prawego pasa może jechać? – dopytywał bez cienia wstydu.

Kiedy posłanka Lewicy Agnieszka Bąk mówiła w Senacie, że ta ustawa to krok w dobrą stronę, ale i tak zachowawczy, bo w Polsce pierwszeństwo będzie mieć pieszy wchodzący na przejście a nie mający zamiar przejść (jak to sformułowane jest w krajach Zachodu), senator Dowhan znów się dziwił. Nie mógł zrozumieć, co to w zasadzie za różnica ten „wchodzący” czy „mający zamiar wejścia” i o co to całe zamieszanie.

Senator Dowhan w dalszym ciągu dyskusji przekonywał, że zmiany prawa chce się dokonać po jednym głośnym wypadku na ul. Sokratesa w Warszawie, gdzie kierowca zabił ojca rodziny przechodzącej przez pasy, a przecież „w tym czasie miliony kierowców jeżdżą bezpiecznie i ustępują pieszym”.

Dowhan chciał też wiedzieć, powątpiewając w taką możliwość, jak też w ogóle będzie się mierzyć właściwą odległość między pojazdami na drogach szybkiego ruchu, którą nowelizacja też ustanowi (wyrażana połową aktualnej prędkości pojazdu w metrach).
Tu w sukurs Dowhanowi przyszła senator Jadwiga Rokitnicka, profesor zajmująca się hydrologią. – Czy nie był podnoszony na komisji argument, że ten przepis o utrzymaniu odległości równej połowie prędkości pojazdu jest niejednoznaczny? – dopytywała Rokitnicka. – Nie ma możliwości oceny odległości przez kierowcę i może to być wykorzystywane przez służby kontroli – twierdziła.

Prof. Rokitnica zareagowała przez Internet, gdy nazwałem jej słowa na Twitterze brakiem merytoryczności. „Panie Redaktorze! Proszę określić jak jadąc autem autostradą określić precyzyjnie okiem odległość 60 czy 70 metrów. Czy to nie prowadzi po prostu do nadużyć. Merytoryczny dramat polega na tym, że nie precyzyjnie pisze się ustawę” – napisała mi. Kiedy zaproponowałem policzenie trzech sekund, obruszyła się pisząc „Broń Boże przed takimi metodami!”. Zaproponowałem więc, że zabiorę panią senator samochodem na autostradę i pokażę jej, jak wygląda 60 m a jak 70. I tłumaczyłem, że żadne służby nie będą tego mierzyć co do centymetra, bo nie o to w tym chodzi, a o jazdę na zderzaku, 5 m za innym pojazdem.

Przypadek pani senator skłania mnie do rozmyślań, że potrzebny jest w Polsce system szkolenia dla kierowców seniorów. Skoro jeżdżą, a nie potrafią powiedzieć, ile to jest ok. 70 m przed nimi, należy im pomóc. I to jak najszybciej.

Przypadek senatora Dowhana nie skłania mnie do żadnych przemyśleń poza jednym – Senat należy zlikwidować.

Trio kompromitacji, tenor drugi: Gogacz

Senator Stanisław Gogacz (PiS), absolwent Wydziału Prawa Kanonicznego KUL (tam też zrobił potem doktorat z nauk społecznych), wykazywał zaniepokojenie sprawą wyłączenia tramwajów z obowiązku ustępowania pieszym wkraczającym na przejście.
– To, co jest nowe, to zapis, że pieszy wchodzący na przejście ma pierwszeństwo przed pojazdem z wyjątkiem tramwaju. Czy to nie jest tak, że jednak zmuszamy pieszego do tego, żeby zaczął rozróżniać czy to tramwaj czy samochód? – dopytywał Gogacz w Senacie.

Domagał się też jasności w przepisie dotyczącym zakazu używania telefonu i innych urządzeń przez pieszych. Gogaczowi nie podobał się zapis, że zakazane będzie tylko takie korzystanie z telefonu, które utrudnia obserwację sytuacji na drodze. Wyraźnie chciał, aby jasno określić, że albo można korzystać, albo w ogóle pieszy nie może korzystać z telefonu i już.

Potem, w ciągu dalszej dyskusji senator Gogacz powracał zarówno do sprawy telefonów, jak i sprawy tramwajów wciąż wykazując niezrozumienie tej kwestii.

Przypadek senatora Gogacza skłania mnie do przemyśleń, że o ile Ministerstwo Infrastruktury zrobiło już kilka edycji darmowych szkoleń o prawie drogowym dla seniorów-pieszych, o tyle powinno w kolejnej edycji zaplanować co najmniej jedno w Senacie.

Trio kompromitacji, tenor trzeci: Czerwiński

Jeśli trio senatorów podzielić by na głosy pod względem kompromitujących wypowiedzi, to poprzedni senatorowie byli jedynie cieniutkimi sopranami, zaś senator Jerzy Czerwiński (PiS) jest basem, grubym basem. Ten wieloletni nauczyciel (liceum w Białej oraz Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego w Prudniku) i wcześniejszy poseł LPR, jasno wyraził swój stosunek do nowelizacji Prawa o ruchu drogowym, które ma nas zbliżyć do Europy Zachodniej i ocalić życie i zdrowie ludzi na drogach: – Współczuję pani senator, że jest pani wystawiona na linię frontu przy tej nowelizacji – tak zaczął zabieranie głosu w tej sprawie. Potem było już tylko gorzej.

– Czy pani jeździ samochodem – dopytywał senator-sprawozdawcę, która jako tako próbowała projektu nowelizacji bronić. – Ale w jakich okolicznościach pani jeździ samochodem? Jeździ pani po autostradach czy dużych miastach, gdzie ruch pieszych jest oddzielony, czy przez małe miasteczka, gdzie pieszy może pani wejść w każdej chwili na przejście? – dociekał.

Senator Czerwiński dzielił wewnętrzny niepokój z senatorem Gogaczem i także nie wiedział, dlaczego to wyłączono z ustępowania pieszym tramwaje. Poszedł jednak o krok dalej. O krok bliski dyrdymałom internetowych „sioferów”. Dochodząc do konstatacji, że tramwaje są duże, a piesi nie, wypalił, jego zdaniem pewnie ironicznie: – Dlaczego nie dać przepisów, żeby pociągi przed pieszymi się zatrzymywały?

Żądał też – a jakże – jednoznacznego, stanowczego zakazu używania przez pieszych telefonów na przejściach. Nie w sposób „utrudniający obserwację okolicy przejścia i drogi”, ale po prostu zawsze i koniec.

Dodawał też, że pieszy ma uważać, jak wchodzi na przejście – czym dał poznać, że kompletnie nie rozumiał, nad jaką ustawą debatuje, bowiem nowelizacja nie zdejmie z pieszego żadnego z dotychczasowych obowiązków.

Na koniec z ust senatora Czerwińskiego padły takie bon moty, jak „pieszy jest elementem obcym na jezdni” oraz „pieszy ma krótszą drogę hamowania”.

Przypadek senatora Czerwińskiego skłania mnie ku myślom, że z takimi nauczycielami w szkołach polscy uczniowie lekko nie mają i dobrze, że część z nich ze szkół przenosi się do polityki. To znaczy – dobrze dla uczniów, niedobrze dla obywateli. Ale szukajmy choćby jednego pozytywu w tej sytuacji…

Borusewicz na deser

Gdzieś tak pod koniec dyskusji, zaplątał się w niej jeszcze senator-legenda-opozycji Bogdan Borusewicz. Wicemarszałek Senatu zaczął opowiadać coś o psychologii, choć z wykształcenia jest absolwentem historii KUL. Wyraził, że wobec nowelizacji prawa, która ma zmniejszyć liczbę wypadków z pieszymi i innych, on „ma pewne obawy”.

W końcu te obawy wicemarszałek wyjawił: – Jak ja wchodzę na przejście, to się upewniam, czy samochód nie jedzie. Teraz, jak będę wchodził, to będę miał pierwszeństwo i psychologiczną pewność.

Nie wiem, skąd to senator wytrzasnął, bo prawo jasno komunikować nadal będzie, że piesi koniecznie będą musieli zachowywać ostrożność i uważać. Po prostu do uwagi zmuszeni zostaną też kierowcy. Jakoś to do senatora nie dotarło. Nie potrafiono mu chyba wyjaśnić.

Z kronikarskiego obowiązku odnotuję, że głosu na sali nie zabrał senator Aleksander Pociej. Pięć lat temu to jego głosem taka zmiana prawa w Senacie przepadła. Senator Pociej mówił mi wówczas w wywiadzie, że taka zmiana powinna wejść w życie później, za pięć lat. Czyli okazał się prorokiem. Jednak ze swej sławy skorzystać nie chciał. Podczas omawiania tej nowelizacji na posiedzeniu Senatu, Pociej – jak wiemy z pewnych źródeł – przebywał na korytarzu. Może wystraszył się swoich zdolności i zazdrości jasnowidza Jackowskiego?

Odnotowuję także, że nie wszystkie wypowiedzi były takie, iż wewnętrznie sam się wstydziłem za senatorów. Wypowiadał się także senator Wadim Tyszkiewicz. Bardzo rozsądnie, wybiegając w przyszłość (czy policja ma urządzenia do mierzenia odległości między pojazdami) i konkretnie. Ale jego głos tonął jednak w tym cyrku.

Dla wnikliwych dodaję, że senatorowie postanowili nie głosować tuż po dyskusji. Nad nowelizacją Prawa o ruchu drogowym głosować będą na koniec posiedzenia Senatu, łącznie z wszystkimi innymi głosowaniami. I dobrze, może nie będą pamiętali tych swoich, nazwijmy to kłopotliwych, zastrzeżeń i uwag.

Łukasz Zboralski