Connect with us

Społeczeństwo

Znany dziennikarz przekraczał prędkość podczas „testowania” porsche w Gdańsku

Opublikowano

-

Dziennikarz motoryzacyjny Maciej Pertyński na nagraniu z „testu” samochodu w Gdańsku rozpędził porsche do 76 km/h. Zrobił to w okolicy przejścia dla pieszych oznaczonego „Agatką” – wskazującą, że chodzą tam dzieci

Maciej Pertyński prowadzący kanał YouTube „Pertyn ględzi” to znany w Polsce dziennikarz motoryzacyjny. Jest m.in. polskim jurrorem konkursu Car of The Year. Na kanale jeździ samochodami i opowiada, jakie są fajne.

W jednym z ostatnich nagrań opowiadał o porsche 911 Turbo S. Materiał nagrywał na ulicach Gdańska. Na filmie pokazuje jazdę z prędkością 150 km/h. Wówczas jednak kamera ustawiona jest wyłącznie na prędkościomierz pojazdu.

Jednak w pewnym momencie Pertyński tłumaczy, że doładowanie w „normalnej jeździe” nie jest potrzebne. „Chyba, że robimy coś takiego” – mówi dziennikarz i dociska gaz. Auto rozpędza się do 76 km/h – tak wskazuje oddzielna kamera ustawiona wciąż na prędkościomierz.

Kadr z nagrania jazdy samochodem po ul. Kołobrzeskiej w Gdańsku Źródło: YouTube/Pertyn ględzi

Kadr z nagrania jazdy samochodem po ul. Kołobrzeskiej w Gdańsku Źródło: YouTube/Pertyn ględzi

Zobacz ten fragment filmu:

Widać, że to rozpędzanie samochodu ma miejsce w obszarze zabudowanym. Chwilę później, ciągnąc opowieść Pertyński dojeżdża do skrzyżowania z widocznym w tle charakterystycznym budynkiem w Gdańsku. Dzięki temu Internauci na Twitterze dość szybko wskazali, że „test” samochodu odbywał się na ulicy Kołobrzeskiej – a dokładniej tuż po przejechaniu przejścia dla pieszych z dodatkowym oznakowaniem ostrzegającym, że z tego przejścia korzystają dzieci.

Fragment ul. Kołobrzeskiej w obrębie którego dziennikarz radykalnie przyspieszał – po minięciu tego przejścia dla pieszych Źródło: Google Maps

Nie pierwszy taki „test” Pertyńskiego

To nie jednorazowa wpadka Macieja Pertyńskiego. Już trzy lata temu zwróciliśmy uwagę na jego filmowe testy. Wówczas np. rozpędzał auto na publicznej drodze do 100 km/h, choć było widać, że stoją tam znaki pionowe ograniczające prędkość do 70 km/h.

Na zwrócenie uwagi Pertyński zareagował nerwowo. „Donosik? Wysłał Pan już zawiadomienie do prokuratury? Tylko może z pełnym opisem zajścia, co? Bo tak to jest po prostu gówniarstwo” – napisał w e-mailu do redaktora naczelnego brd24.pl.

Pokazaliśmy wówczas, że publicznie w mediach chwalił się tym, że łamie prawo na drogach: „Teraz chyba mam już zupełnie czyste konto, ale najwięcej w życiu dostałem naraz 6 punktów (kiedy „nie zachowałem…” itp. i wjechałem w bagażnik policyjnego radiowozu przede mną). Generalnie oczywiście łamię przepisy, szczególnie te o prędkościach, ale nie przesadzam i zachowuję rozsądek. Mandatów w życiu dostałem (prawo jazdy od 1977 r.) łącznie ze 20 może… Jeden był ze ściganiem międzynarodowym (niezawinione wykroczenie na terenie Szwajcarii, gdzie niewinnych nie ma), ale przed czasami Unii i Schengen, więc ściganie było tylko do granicy Rzeczpospolitej i po roku się przedawniło, o czym mnie powiadomiono na granicy niemiecko-szwajcarskiej, gdy jechałem na kolejny salon samochodowy w Genewie. A byłoby grubo, bo na 80 miałem 120… W Szwajcarii mogliby chyba rozstrzelać” – opowiadał portalowi Motopodprad.pl

AKTUALIZACJA: Policja zajęła się sprawą

Po publikacji naszego materiału zareagowała Pomorska Policja. Funkcjonariusze poinformowali, że materiał został przekazany do policjantów z gdańskiej komendy.

Za przekroczenie prędkości o 26 km/h (czyli jazda 76 km/h na ograniczeniu do 50 km/h) grozi mandat karny w kwocie 400 zł.

 

AKTUALIZCJA: Maciej Pertyński tłumaczy, że nie przekroczył prędkości, tylko zerwał przyczepność

Poniżej publikujemy wyjaśnienia Macieja Pertyńskiego w tej sprawie:

No więc inkryminowany, trwający sekundę incydent, z którego pochodzi opublikowane przez Pana zdjęcie (jako bezdyskusyjny dowód na FAKT rozpędzenia przeze mnie auta do 76 km/h) odbył się następująco:

1. jadę 40 km/h;
2. mówię „No, chyba że zrobimy tak”;
3. wciskam gwałtownie pedał gazu, przełamując tzw. położenie kickdown, co jest pozycją czujnika akcelerometru powiadamiającą sterownik zespołu napędowego, że kierowca domaga się od samochodu maksymalnego zrywu;
4. wyczynowy 650-konny, 800-niutonometrowy silnik wskakuje gwałtownie na maksymalne obroty, automatyczna wyścigowa skrzynia biegów zrzuca przełożenie do najniższego możliwego biegu, by udostępnić kierowcy wszystkie swe możliwości – razem trwa to ułamek sekundy;
5. samochód gwałtownie przyspiesza, co widać po przeciążeniach działających na mnie jako kierowcę i wskazaniach prędkościomierza;
6. liczby wyświetlane na prędkościomierzu błyskawicznie się zmieniają i rosną, osiągając 56 km/h;
7. nagle zamiast dalej rosnąć, od liczby 56 gwałtownie jednym skokiem wskazanie prędkościomierza zmienia się w 76;
8. w ułamku sekundy później znów prędkościomierz pokazuje 50.

I teraz łopatologicznie (bo nie każdy to musi wiedzieć, choć akurat „ekspert ds. BRD” – jak najbardziej powinien):

Punkt siódmy, co zdoła zrozumieć każdy, kto choć raz w życiu ruszał na śliskim podłożu, jest równoznaczny z nagłym i krótkotrwałym zerwaniem przyczepności przez koła napędzające auto (buksowanie, obracanie się w miejscu, bez przeniesienia napędu na podłoże). W takiej sytuacji prędkościomierz pokazuje prędkość buksujących kół, a nie prędkość samochodu. Czujnik prędkościomierza znajduje się bowiem w skrzyni biegów, więc jego wskazania odnoszą się do przeliczonej prędkości obrotowej kół napędzanych – nie ma mowy o wskazaniu rzeczywistej prędkości auta w relacji do jezdni, jak to jest w profesjonalnych miernikach prędkości i przyspieszeń w oparciu o anteny GPS.

Wiem, że to rozwala taką piękną konstrukcję i teorię spiskową, ale równie dobrze można by postawić zarzuty drastycznego przekroczenia prędkości komuś, kto nie dając rady RUSZYĆ Z MIEJSCA, usiłuje wyjechać z zaspy, gdy jedno z kół napędzanych stoi na lodzie i bezwładnie się kręci w miejscu niezależnie od tego, jak mocno naciska gaz kierowca, a na jego prędkościomierzu pojawia się nawet i 60 km/h W MIEJSCU. Albo pracownika hamowni podwoziowej oskarżyć o rozpędzenie auta do 200 km/h na terenie warsztatu. Nieważne, że auto stało na rolkach, a prędkość 200 km/h osiągnęły tylko jego obracające się na rolkach koła – ale „pan ekspert” wyraźnie przecież widział, że na prędkościomierzu było 200 na terenie warsztatu, gdzie obowiązuje 15 km/h, więc pracownika hamowni należy pozbawić prawa jazdy i w ogóle wsadzić do więzenia…

Potworna moc tego modelu Porsche sprawia, że zerwanie przyczepności jest możliwe zawsze, gdy wciśnie się gwałtownie pedał gazu – nawet na suchej i dobrej nawierzchni. Szczególnie przy niskiej prędkości początkowej. Nawet przy napędzie na wszystkie koła i nawet przy w pełni aktywnej elektronice systemu ESP (a jak podkreślam przy każdej okazji, właściwie nigdy nie odłączam ESP) – bo i napęd AWD, i elektronika potrzebują ciut czasu, by zareagować.

A kiedy już zareagują, dzieje się to, co w powyższej wyliczance opisuje punkt ósmy: buksowanie kół zostaje wstrzymane i prędkościomierz znów pokazuje RZECZYWISTĄ prędkość przemieszczania się samochodu.

Sąd: utrata przyczepności to brak kontroli nad autem i złamanie prawa

Trzeba jednocześnie w tej sprawie dodać, że także zerwanie przyczepności w pojeździe może być zakwalifikowane jako naruszenie prawa. Takie stanowisko wyrażają czasem sądy. Znajdziemy je np. w wyroku Sądu Rejonowego w Warszawie (sygn. akt VW 4841/17) w sprawie kierowcy, który zmusił innego do gwałtownego hamowania i zmiany pasa ruchu.

W uzasadnieniu wyroku czytamy:

„Na początku wypada podkreślić, że zerwanie przyczepności kół tylnej osi powoduje utratę pełnego panowania nad torem ruchu samochodu, ruch pojazdu nie ma wówczas statecznego charakteru, a jego uzyskanie uzależnione jest od ciągłego operowania kierownicą oraz pedałem przyspieszenia. Sytuację taką kwalifikować można jako poruszanie się z prędkością niezapewniającą panowania nad samochodem, a co za tym idzie – naruszeniem przepisu art. 19 ust. 1 P.”

luz